Saturday, October 31, 2015

Macht Das Auf

Saturday, October 3, 2015

TN​-​237m

Thursday, October 1, 2015

The Unclaimed

6 króciutkich garażowych petard. Brzmienie klawiszy jest kwiatowe do bólu, reverb elegancko skąpuje co trzeba, wokalista jest może nieco za mało Seedowski jak na mój gust, bo taki Sky Saxon zawsze kojarzy mi się z dobrym amerykańskim psych, ale i tak jest naprawdę OK.

To The Unclaimed. I rok 1982. Mini-album z Los Angeles, o takim samym tytule jak nazwa grupy. Znalazłem to sobie przypadkiem podczas nocnych grzebanin w śmietniku. Serio! W końcu to Londyn, baby, wszystko może się zdarzyć. „Lost Trails” to faktycznie takie zagubione szlaki. Panowie z pewnością lepiej pasowaliby z tą muzyką do lat 1966-69. Chociaż, prawdę mówiąc, w 1969 to brzmienie już byłoby reliktem! Wyobraźcie sobie zatem ten surowy, prymitywny garażizm, z którym mamy tu do czynienia. „No Apology” skojarzyło mi się, zgodnie z tytułem, z „Search and Destroy” The Stooges i Panowie, tak jak Iggy, nikogo przepraszać nie zamierzają za to, że takimi się urodzili. Ciekaw jestem wyników sprzedaży tego albumu, choć w 1982 nie było mnie jeszcze na świecie – możliwe więc że przegapiłem jakiś L.A. psych-revival. Ale oni nie brzmią „na siłę”. To nie moda, a bardziej estetyka dźwiękowa – a do tego jest to przefiltrowane przez najczystszy punk, więc Panowie z The Unclaimed nie utknęli mentalnie w 1966 i heja. A to kolejny plus w moich oczach. „Walk on the Water” jest, odpowiednio do tytułu, nieco rozmyte i nawiedzone, powiewa garage folkiem i jest nieco bardziej pokręcone niż wcześniejsze propozycje, choć równie surowe, proste i konkretne. Takie psych-Ramones na Sky Saxonowym fuzzie. I z Farfisą. Czy czymś tam, w każdym razie Farfisowym kwiatem klawiszy, w miętowym krysztale, sami rozumiecie… „Things in the Past” zaczyna się bębnową petardą i dzikim okrzykiem – i na tle tego rytmu mnie ten wstęp gitarowy kojarzy się z surf-rockiem. Jimi Hendrix rzucił sobie w „Trzeciej Skale” tekstem „I już nigdy nie usłyszycie surfowej muzyki” – a tu bum! i tuż przed jego wymarzonym 1983 (choć fakt, o rok w tekście nie chodziło) The Unclaimed łoją jakby Dick Dale spotkał 15 letnie dzieciaki w kalifornijskim garażu. Entuzjazm to słowo klucz – i ja go tu słyszę. Raz jeszcze podkreślę, to, na moje ucho, nie jest stylizacja „na siłę” – to są emocje i czad. A fuzzowy potwór „Ugh” zmiata wszystko. To mój ulubiony fragment płyty. Jeden krok dalej, gałką trochę bardziej w prawo i mamy The Morlocks. No, prawie… Jeśli napiszę o Morlocks to dopiero poczujecie zapach psychedelicznego garażu. Najłatwiej zwizualizować sobie “psych” Morlocks przeciwstawiając temu „psych” Eloy. Obie nazwy bowiem z jednej bajki. Ale wracamy do The Unclaimed. Ten utwór, gdyby znalazł się na składance z epoki przypadkiem, nie podpadłby nikomu, a co więcej, byłby mocnym takiej składanki punktem. Płyta jednak jest bardzo krótka i kończy się nieubłaganie pulp-fictionowskim „Phunt Walk”. Owszem, filmu wtedy nie było, ale te dźwięki idealnie pasowałby do takiej tarantinowskiej estetyki, a Pan Quentin chętnie przygarnia takie starocie czy stylizacje na takowe. I tak oto, instrumentalnie, żegnają się z nami Panowie The Unclaimed i jestem pewien, że to nie ich jedyna płytka. Od tamtej pory częściej zaglądam do tego śmietnika. Polecam The Unclaimed miłośnikom psych/garage rocka. Warto sprawdzić jeśli się nie zna, a jeśli się zna – przypomnieć sobie!