Thursday, July 30, 2015

Yeti

Moja przygoda z Amon Duul II zaczęła się, gdy na 14 urodziny dostałem od ojca składankę „Lemmingmania”, będącą zbiorem singli tej zasłużenie legendarnej niemieckiej grupy. Później dostałem podwójny winyl „Yeti”, który przy okazji mojej tegorocznej wizyty w Londynie na koncercie ADII, a dokładnie podczas pokoncertowej wizytacji backstage’a, udało mi się ozdobić autografami wszystkich cżłonków składu zespołu A.D. 2015.

Rozmowy z Chrisem Karrerem i Johnem Weinzierlem na temat techniki gitarowej, zostanie wyśmianym za strach przed lataniem przez Danny’ego Fichelschera, i specjalny prezent od Renate Knaup zostawię już dla siebie. A tutaj skupię się na płycie „Yeti” właśnie, gdzie na dobre 9 lat przed bauhausowskim „Bela Lugosi’s Dead” słyszymy gotyk, a przed „Raw Power” The Stooges czysty punk, pomijając już tytułową improwizację, która wymykając się wszelkim kwalifikacjom estetycznym i stylistycznym zapowiada nam eksplozję współczesnej muzyki improwizowanej odzianą w popowe szaty – w przeciwieństwie do wcześniejszych dość hermetycznych kulturowo płyt awangardowych z lat 50-tych czy 60-tych, także niemieckich (przychodzi na myśl Zodiac Club w Berlinie – na przykład wydany w 2008 roku album Human Being – „Live at the Zodąiac – Berlin 1968”). W formie koncertowej Duule są wybitnej, grają na dwa zestawy perkusyjne i brzmią jak za starych dobrych lat (fakt, znam to tylko z zapisów video), a wersje „Kanaan” i „Eye-Shaking King” to czysta kosmiczna energia – utwór ostatni to w wersji live jednocześnie hymn słońca i muzyka śmierci. Proszę sobie to wyobrazić. „Eye-Shaking King” mamy zresztą przecież na „Yeti”, z niesamowitym przepuszczonym przez ring modulator upiornym wokalem Karrera i niemiłosiernym atakiem gitar, jego i Weinzierla. Sekcja rytmiczna mogłaby spokojnie robić za buldożer podczas prac porządkowych w Schwarzwaldzie, albo czyścić teren pod zbieranie bawarskich grzybków. W „Królu” słyszymy punk, gotyk, i heavy metal jednocześnie, choć ja osobiście heavy śmiało zastąpiłbym słowem „black” – minus Szatan plus syryjskie bóstwa. Podczas koncertu niesamowite wrażenie robił riff Karrera – dopiero na żywo dostrzega się jego bluesowo-sabbathowską potęgę w pełni okazałości. Na płycie mamy też „Archangel’s Thunderbird”, utwór który powinien być hitem, z prostym, acz skutecznym riffem, niesamowitym rytmem perkusji i niezrównanym wokalem Renate Knaup, która z niejednej późniejszej gotyckiej diwy robi tutaj przedszkolankę straszącą dzieci. „Archaniołek” ukazał się zresztą na singlu, na który wciąż poluję. Na uwagę zasługują też kosmiczne syntezatory i gitary służące za interludia między zwrotkami. Nie na darmo Renate zapowiada Chrisa i Johna nie tylko jako gitarzystów, ale też jako „hałas”. Mam do tego numeru zresztą sentyment, bo był moim paszportem na backstage, ale o tym może innym razem. Mamy też niesamowite „Soap Shop Rock”, które płytę otwiera, z „Burning Sister” na czele, dedykowaną Czarnym Panterom. Najbardziej polityczna wypowiedź Duuli po okresie „pierwszo-komunijnym”, ale nie tak dosadna jak choćby Dylan – tutaj bowiem w poetyckich słowach mamy delikatny acz stanowczy wyraz buntu przeciwko władzy – w tym przypadku sędziów, a także protest przeciwko kontroli ogłupiającej masy telewizji. Takie Lennonowskie utopijne zbliżenie międzygalaktyczne. Do moich faworytów należy kończący drugą płytę klejnot „Sandoz in the Rain”, gdzie członkowie oryginalnej komuny dołączają do kolegów muzyków i razem częstują nas narkotyczno-folkową pieśnią o duchowości kwasu. Takie czasy, taka estetyka. Przemawia do mnie poprzedzająca też ten utwór kontynuacja tytułowego „potwora”, czyli „Yeti Talks to Yogi”. W monachijskich lasach musieli mieć wtedy niesamowitych joginów – jednemu miałem przyjemność ścisnąć dłoń i podać marker. Wielkim szacunkiem powinniśmy darzyć Chrisa Karrera i spółkę – od prawie 50 lat bowiem częstują nas najczystszą psychodelią pod słońcem i wygląda na to, że zasileni młodą krwią Ulliego Fliszta i Sigiego Hummera nie zamierzają przestać. Ja tymczasem wracam do monachijskiej pustelni i zaopatrzony w dzbanek zielonej herbaty nastawiam „Yeti”. Jeśli ktoś woli kawę, proszę uprzejmie – ważne żeby znaleźć w zabieganym życiu czas na zapoznanie się z klasyką niemieckiego rocka, nie tylko psychodelicznego. Absolutny mus.

No comments:

Post a Comment