Tuesday, July 14, 2015

Impressions On Reading Aldous Huxley

Kolejna niemiecka psychodeliczna perełka. Organowo-fletowy „Prologue” wprowadza nas w opowieść o Nowym Wspaniałym Świecie przygotowując nastrój pod „Alpha, Beta, Gamma Delta” – swoiście religijno-futurystyczną, pierwszą z huxley’owskich impresji.

Słychać bogate instrumentarium, automat perkusyjny, gra niemal orkiestra, świetna linia bassu, flety, a przed oczyma stają wizje futurystycznego miasta A.D. 1972, którego fragment zresztą widzimy na okładce albumu. Bardzo podoba mi się tu solo gitary. Mamy też charakterystyczny krautrockowy puls przebijany akcentami gitary i perkusji, saksofon gra ciekawą frazę… a potem następuje bardzo ciekawe, ni to free-jazzowe, ni folkowe solo fletu. Około 5. minuty słyszymy głosy, być może ludzi dławiących się sterylnie czystym powietrzem. Smogiem? Dymkiem? Ten ostatni trop sugeruje końcówka utworu, jak i zresztą cała płyta. Mój ulubiony fragment albumu, „Lenina” zaczyna się bardzo subtelnie, a po chwili rozwija w delikatne, koktajlowe latynoskie jazzowanie, na którego tle kobiecy głos nieśpiesznie zachęca nas do pozostania w Nowym Wspaniałym Świecie nieco dłużej i częstuje pocałunkami. W takim cocktail-barze mógłbym spędzać lata – pod warunkiem że drinki byłyby delikatnie spiked. Bardzo relaksacyjna, letnia, lekka muzyka. I w tym przypadku te określenia wcale nie są pejoratywne. „Soma” to też intrygujące cudeńko, już bardziej psychedeliczne i ciężkie, choć tylko brzmieniowo – koncepcyjnie jest to bowiem nadal nurt plastikowej krautrockowej rzeki niekończących się blokowisk ery post-kosmicznej, pasów startowych i kosmodromów. W tej odsłonie nie jest to huxley’owski koszmar, a lekka, nostalgiczna przygoda. Organy są dla mnie tutaj najsmakowitsze, a za sprawą thereminu czujemy się jak na Zakazanej Planecie lub wśród Astro-Zombie Stratosfery. Utwór stylowo wykańcza smakowita partia gitary elektrycznej. „Halpais Corn Dance” jest egzotyczne do tego stopnia, że Les Baxter nie powstydziłby się tej kompozycji, choć dla wybrednych, „mrocznych” kraut-maniaków ten fragment płyty może być lekko niestrawny. Zalecam zwiększyć dawkę martini i słońca, a wtedy horyzont nabierze nowych kolorów. Świetna perkusja i egzotyczne bębny, przeszkadzajki. Wakacyjne, wyspiarskie plumkanie. Brave New Worldowskie „The End” z Doorsowskim nic wspólnego nie ma, ale to równie mocna psychedeliczna jazda, choć już innym wehikułem. Miast szukać mroków duszy, szukamy słońca w huxley’owskiej metropolii i podobnie jak na całej płycie, w podróży towarzyszą nam: Dicky Tarrach – perkusja, bębny Lucas Lindholm – bass, violone, organy, piano Herb Geller – flety, rożek angielski, saksofony, organy Reinhart Firchow – recordery, flety, okaryna, stylophone, bębny, głos John O’Brien-Docker – gitary, organy, bębny, głos, dzwonki Esther Daniels – głos A od 10 minuty rozpoczyna się prawdziwa uczta, która powinna zadowolić najbardziej wybrednych miłośników muzyki z epoki – i to niezależnie od gatunku. Album kończy „Epilogue”, recytacja książki połączona z efektami dźwiękowymi plus zabawna melodyjka na koniec. Cały album polecam bez dwóch zdań. Świetnie sprawdza się jako soundtrack do filmu czy tło do lektury książki Huxleya – zabawnie aktualnej w XXI wieku.

No comments:

Post a Comment