Monday, May 18, 2015

Space Gypsy

„Space Gypsy” zaczyna się jak koncerty Hawkwind z legendarnych czasów Kosmicznego Rytuału. I to wcale nie zmyłka. Gdyby w roku 1973 zespół zdecydował się na nagranie studyjnego albumu, miast genialnej koncertówki „Space Ritual”, to właśnie tak by to brzmiało. To samo myślenie, ta sama duchowość, ten sam rock’n’rollowy kosmos.

Otwieracz powinien przypaść do gustu wszystkim fanom Hawkwind. Widać, że Nik Turner był w tamtym składzie równie ważny jak Dave Brock, Robert Calvert, Lemmy czy Simon King. Ale to wizja Nika i Dave’a okazała się najsilniejsza i najbardziej spójna. Nik udowadnia tą płytą pozycję space-rockowego władcy wszechświata. Choć pewne problemy się pojawiają, o czym za chwilę. „Fallen Angel” kojarzy mi się najbardziej z „Ejection”, taką bardziej kosmiczną wersją tego utworu Calverta. Jest to jeden z moich ulubionych fragmentów „Space Gypsy”, i to wcale nie dlatego, że był pierwszym singlem promującym album. „Joker’s Song” wywołuje swoim tytułem uśmiech na mojej twarzy, a przed oczyma pojawia się słynne zdjęcie Nika Turnera przebranego za żabę. Świetny saksofon (ale to ostatni raz, kiedy tak o nim napiszę w tej recenzji). Charakterystyczne dla Hawkwind połączenie punkowego chaosu, energi rockabilly i wirutozerii free jazzu to bowiem znak rozpoznawczy Nika Turnera i jego galaktyczny paszport do wieczności. Fantastyczne hawkwindowe riffy. „Time Crypt” ma ciekawy pomysł, ale mnie specjalnie nie przekonuje. Według mnie bulgocze sobie po prostu i o ile w wykonaniu pierwszej lepszej kapeli space rockowej byłoby to arcydzieło, o tyle Nika stać na więcej. Ale utwór nie psuje wrażenia i przyjemnie w sumie przenosi nas do następnej kompozycji. „Galaxy Rise” mogłoby śmiało zastąpić każdą z hawkwindowych ballad z pięciu klasycznych płyt. Bardzo lubię ten utwór, jest odjechany, kosmiczny i ma hippisowski, ale nie retro, vibe. To ta sama dusza, ale też wyraźnie słychać, który mamy rok. Bardzo mi się to podoba, proszę posłuchać gitar akustycznych i fletu. Klasa. Ponad 8-minutowy „Coming of the Maya” kojarzy mi się z dokonaniami Brainticket i innych gigantów tej najbardziej psychedelicznej odmiany „krautrocka”. Proponuję po prostu posłuchać samemu. A jeśli chodzi o moje skojarzenia, to widzę budzący się do życia Tikal – a przysięgam, że nic dzisiaj jeszcze nie brałem. To taki odjazd w kierunku Xitintoday z 1978 roku, a raczej kontynuacja tamtych pomysłów na miarę epoki. Kolejny mój ulubiony fragment albumu. „We Ride the Timewinds” jest zawieszone między Hawkwind a Inner City Unit, i to jest ten punkt gdzie gitary zaczynają już nużyć. Brakuje tu Dave’a Brocka. On bowiem potrafił urozmaicić niby ten sam riff tak, że trans owszem był, ale nie powodowało to zniewania. Przy dwóch do tej pory genialnych fragmentach i unikalnej wizji Nika, ziewam do gitarzysty, bo nie mogę inaczej, i proponuję go zmienić. „Eternity” to w zasadzie „Galaxy Rise” 2. Bardzo sympatycznie, a ja zawsze bardzo lubiłem Hawkwind za takie granie, np. „Children of the Sun” z płyty „In Search of Space”. Cieszę się, że Nik nie zapomniał o takich klimatach. „Anti-Matter” niestety przekonuje mnie tak samo jak Time Crypt. Prawda jest taka, że trzeba być Dave’em Brockiem, żeby na dwóch akordach postawić wszechświat. Gdyby panowie podali sobie ręce i zaczęli działać razem wedle wizji Nika, mielibyśmy Hawkwind A.D. 1973 na scenie w 2013 roku. Pytanie jednak, czy o to tak naprawdę chodzi, zważywszy na to, że Hawkwind pod wodzą Brocka gra bardzo nowocześnie. 7-minutowy „Visitor” to mój kolejny faworyt na płycie. Skojarzenia bieżą w stronę Amon Duul II z czasu „Tanz der Lemminge”. Albo do Hawkwind z czasu debiutu. Bardzo sympatyczny finisz w sumie dobrej płyty. Mamy jeszcze bonus „Something’s Not Right”, który też jest bardzo hawkwindowski – pojawia się po raz kolejny duch Roberta Calverta i kosmicznego rytuału. Space Gypsy to naprawdę dobry album, ale na kolana nie rzuca. A to z 2 powodów. Po pierwsze, to nie rok 1973, a ja fanem revivali nie jestem. Po drugie, na gitarze nie gra Dave Brock – jedyny człowiek we wszechświecie, który nie nudzi grając zaledwie dwoma akordami. Dla fanów Hawkwind circa 1973 i wirtuozerii saksofonowej Nika jest to tak czy inaczej pozycja obowiązkowa. A dla tych fragmentów gdzie wyraźnie słychać rok 2013, jeśli jest się fanem space-rocka, warto sprawdzić.

No comments:

Post a Comment