Saturday, May 2, 2015

Electric Sandwich

Kojarzycie kawałek „Redskin” z albumu „Here We Are” Jane? No to podobnym pulsem rozpoczyna się „China” – pierwszy utwór na płycie „Electric Sandwich” zespołu o tej samej nazwie.

Tutaj jednak jest bardziej afrykańsko, korzennie, a nawet jazzowo. Gdzieś wibracja zahacza o jam session Hendrixa z Sun Ra, a wykonawstwo o kapelę Embryo. Wah wah kraut na najwyższym poziomie. Świetnie tocząca się dżunglowa maszyna, kapiąca wilgocią, kobieca…. Rozpędziłem się nieco. Lepiej już skieruję swoje myśli w stronę exotica. Mamy tu bowiem takie podmetalizowane granie exotic i wbrew tytułowi do Chin wcale się nie wybieramy, chyba że chodzi o perkusyjny talerz. Hendrix budzi się koło 4 minuty i to jest cudowne apogeum kompozycji. Luźna, cudowna hippisowska pompa. „Devil’s Dream” bluesuje bardzo przyzwoicie, podobają mi się smaczki gitarowe. Główną rolę gra tutaj klasycznie jazzowy saksofon, który bardzo dobrze smakuje na tle bluesowej fazy reszty zespołu. Jochen Carthaus stosuje się do zasady Milesa Davisa (tak tak, trąbka), że lepszy jeden dźwięk właściwy, niż tysiąc postawionych nie tam, gdzie trzeba. Bardzo podoba mi się to – dosłowne – zestawienie bluesa z jazzem. Zadziałało dokładnie jak w wyjątkowo smacznej kanapce. „Nervous Creek” to natomiast mocny, hard-rockowy numer oscylujący stylistycznie między Hendrixem, Cream i Mountain. Cudowne grzanie dla fanów mocniejszych fragmentów “Axis Bold As Love”, “Disreali Gears” czy “Nantucket Sleighride”. Z czasem tempo jednak zwalnia i robi się balladowo-psychedelicznie, Axisowo wciąż, ale zdecydowanie bardziel lekko. Jednak wrzask Jochen Carthausa budzi nas ponownie do czadowego życia. A jego saksofon znów wspaniale pogrywa. Utwór kończy się tak jak zaczął, na szóstym biegu hardrocka lat 70. Strona B zaczyna się od „It’s No Use to Run” – znów w stylu Jane, ale tego hardrockowego, nie psychedelicznego. Nie dziwię się, że oba zespoły pochodziły ze stajni Brain. I trochę szkoda, że Electric Sandwich na jednej płycie zakończył swoją działalność. Moim smaczkiem jest tutaj harmonijka ustna i wah wah. No i mocny, solidny wokal. „I Want You” to nie Dylanowski hicior, a kojarząca mi się nieco z “Lonesome Crow” – debiutem Scorpionsów – i nieco z Grobschnitt ballada. Brzmi jednak bardzo potężnie, wokal podoba mi się tutaj wyjątkowo – jest bardzo „blisko” zrealizowany, a wokalista, przynajmniej kiedy słucha się na słuchawkach, stoi z Tobą, drogi słuchaczu, twarzą w twarz. Dzięki saksofonowi i rozmaitym zakrętom rytmicznym odbieram przez chwilę wrażenie, że w tej ostrzejszej cześci utworu słucham jam session Van der Graaf Generator z Cream. Organy też pierwsza klasa. Jest to czysto niemieckie granie, rozpoznawalne na milę – nie wiedząc kto gra śmiało palnąłbym: „To muszą być Niemcy!”, i wygrałbym zakład. „Archie’s Blues” to „po prostu” blues, ale fajnie zagrany, dobrze pomyślany, nieźle brzmiący. Chciałbym słyszeć więcej takiego bluesa dziś, nie jego knajpianej odmiany, która pasuje co najwyżej do rozcieńczonego piwa. Tu akurat brakuje mi harmonijki, ale przynajmniej jest bardziej hendrixowsko – chociaż bez charakterystycznej dla Mistrza pirotechniki. Album kończy kompozycja „Material Darkness”. Chyba moja ulubiona. Kawałek jest przykładem klamry i jednocześnie podsumowania albumu. W zestawieniu z „China” i resztą płyty, tu mamy wszystko, co najlepszego pojawiło się do tej pory. Panowie gdzieś na końcu swojej kanapki ukryli najsmaczniejsze kąski. Jest to też druga po „China” najbardziej psychedeliczna odsłona albumu. Rockowy jazz, znów troszkę w stylu Embryo, gra pop tamtych lat, a wokalista unosi się na chmurce barowych chusteczek i wykałaczek, którą wypuszcza samotny czarnoskóry klient baru Brain uśmiechający się spod kapelusza. Pytany: „Jimi?”, odpowiada: „Nie, bracie, ja tylko przejazdem!”. Bon appetit!

No comments:

Post a Comment