Friday, May 29, 2015

Alfred 23 Harth

Sam kiedyś narzekałem: „Nic ciekawego nie dzieje się w nowej muzyce”, dopóki dziwnymi kolejami losu poprzez swoją poezję nie zacząłem wkręcać się w świat mikro-labeli, miast błąkać bez celu po korporacyjnych „salonach” i „sklepach muzycznych”.

Teksańskie wydawnictwo Kendra Steiner Editions wydało moją płytę “Stoned Gypsy Wanderer” w ubiegłym roku, ale nie jest to najlepsza pozycja w ich katalogu. Jedną z takich mam bowiem właśnie przed sobą – „China Collection” Alfreda 23 Hartha. Alfreda Hartha znałem wcześniej jedynie ze wspólnej płyty z Heinerem Goebbelsem „Der Durchdrungene Mensch / Indianer Für Morgen” z 1981 roku. Bill podesłał mi jednak później również wydany przez KSE album „Gift Fig”. I się zaczęło. Pamiętam korespondencję z Billem: „Cześć, słuchaj, oglądałem sobie “Nagi Lunch” i pokusiło mnie żeby zastąpić czymś Colemana, wiesz, znudził mi się po 10 razie. Wyłączyłem więc dźwięk i nastawiłem “Gift Fig”. Świetnie pasowało.”. Otrzymałem po czasie odpowiedź: „Uważamy z żoną że był to świetny pomysł.”. Istotnie „Gift Fig” w podejściu do dźwięku było bardzo burroughsowskie, jazzowe, ale też nowoczesne, nielinearne i traumatyczno-duchowe. Świetnie sprawdziłoby się jako soundtrack do ambitnego niskobudżetowego filmu nakręconego gdzieś we Francji czy w Niemczech. Albo właśnie do biografii niestandardowego, acz konserwatywnego pisarza. A co z „China Collection”? Cóż, jest jeszcze bardziej psychedelicznie. Pierwszy utwór i śmiało cięte próbki wokalne stwarzają aurę medytacji nad naszym pociętym właśnie światem. Tafla wody lub powierzchnia lustra, po którym da się pisać głosem odrealnione pamiętniki free jazzu. Troszkę ambientu, Briana Eno, bardzo nowoczesnego myślenia, ale podanego z zachowaniem pamięci i szacunku do jazzowej tradycji. Mimo mocno psychedelicznej aury i burroughsowskiego sosu, jest to w myśleniu album jazzowy. „Invocation Orhk” nagrany w 2014 z wykorzystaniem nie swoich źródeł dźwiękowych (wszystko ładnie wyszczególnione w dołączonej ulotce) brzmi jak rok 2014, ale płynie jak klasyczne jazzowe wolne formy. Bardzo podoba mi się takie klasycyzujące serwowanie przyszłości jazzu. Słuchając tego, zastanawiam się, po co niektórzy „jazzmani” bawią się jeszcze w standardy i koktajlowe plumkanie. Dla kasy? Jazz idzie do przodu w tempie szybszym niż światło! Oto dowód. Jeśli na jednej płycie, ba, w obrębie jednego utworu słychać bowiem jednocześnie Milesa Davisa, Chrome i Kluster, i to nie w charakterze nawiązania, a wynikające z doświadczenia, świadomości i wiedzy muzycznej autora płyty, wypada tylko bić pokłony. Całkiem poważnie. „Simulator 3 (for string quartet)” łączy rok 1967 z 2012. Dosłownie. Spotykają się tu dwa czasy i miejsca, dwóch Alfredów Harth. Smyczki słychać bardzo pięknie, ale też nowoczesną elektronikę, która się z nimi przeplata. Bardzo przyjemnie pije się do tego zieloną herbatę. Dzbankami. Mam osobiście skojarzenia z Lukasem Fossem, a przynajmniej z myśleniem jakie ten kompozytor prezentował chociażby na „Geod”. Tutaj jednak minimalistyczne, nie tak przytłaczające i lekkie jak chmury w Pekinie. Są też oczywiście burroughsowskie głosy, ale to dla mnie tylko smaczek. Że cudowny – inna sprawa. „Live in Shanghai II” to zderzenie świata free jazzu i astro jazzu z industrialem. Gdyby Master Musicians of Jajouka byli Europejczykami. Hm. Bardzo, bardzo dobrze wchodzi mi to nagranie o poranku, przeczyszczając mózg z dnia poprzedniego z surrealistycznych snów o szczęśliwej planecie. Witajcie w świecie wolności. Tak ten świat brzmi na rok 2014. Podobne myślenie da się bowiem zauważyć u wszystkich awangardowych muzyków epoki. “Spirit of the Age!”. Z dotychczasowych propozycji albumu, tej kompozycji najbliżej do klasycznie rozumianego brzmieniowo (free) jazzu. „Shark Without Fin” podąża w ślady utworu poprzedniego i wszystkie te pozostałe tytuły „z płetwą” („Stop Finning”, „Fin Noir”) stanowią w zasadzie jedną konceptualną całość, jeśli nie w zamierzeniu artysty, to w odczuciu słuchacza. Chociaż w „Stop Finning” ja na przykład wyraźnie słyszę hip-hop, a w „Fin Noir” uderza mnie wyraźne nawiązanie do utworu otwierającego. Wariacja na pierwszy temat z innego czasu i przestrzeni. Mamy tu bowiem do czynienia ze sztuką, a nie z szukaniem poklasku, sławy czy pieniędzy. „Brakuje takich płyt” – powiedziałbym kiedyś, ale jeśli Wy powiecie tak dzisiaj, to znaczy, że chyba odcięto Wam internet albo przeglądarka nie działa. Szukajcie, a usłyszycie. Bardzo mocno polecam! P.S. „Peking Opera Remix III” – to dla tej kompozycji moim zdaniem przede wszystkim warto odwiedzić http://kendrasteinereditions.wordpress.com i zamówić album “China Collection” Alfreda 23 Hartha.

No comments:

Post a Comment