Monday, April 20, 2015

Together

Jane dla nocnych marków – jeszcze z Berndem, i w piekle (nie pomiędzy nim, a niebem). Rzecz dla fanów psychedelicznego hard-rocka z lat 70-tych, gdzie Black Sabbath bawi się we Floydów.

Przygodę z grupą Jane zacząłem od drugiej płyty tego zespołu, „Here We Are”, za którą moja mama swego czasu zapłaciła 20 marek. Mam do dziś ten winyl i kiedy mam moment na Jane zawsze ląduje na talerzu wymiennie z „trójką” „Fire Water Earth & Air” i innymi płytami, które mam na tym nośniku. Innymi, poza, niestety „Together”, który dziś opisuję. „Together” kupiłem sobie w berlińskim Dussmannie na kompakcie. I wtedy po raz pierwszy usłyszałem Bernda Pulsta. To bardzo charakterystyczny wokalista, którego ekspresji i barwy nie sposób pomylić z nikim innym. Szukając informacji na jego temat, oraz wyjaśnienia faktu, dlaczego nie śpiewa już na kolejnych albumach grupy, natknąłem się na historię czy plotkę o szpitalu psychiatrycznym i samobójstwie. Pulst faktycznie nagle zniknął.Takie plotki niekiedy bywają prawdziwe. Nawet jeśli ta akurat nie jest, to pewne jest Bernd Pulst już później nigdy nie zaśpiewał i nie zaśpiewa ponownie. Ta płyta to więc jego swoiste epitafium. Jego wokal w otwierającym płytę „Daytime” to prawdziwa perła emocji. Inna sprawa, że to Charly Maucher właśnie swoim basem zaczyna tą perłę szlifować, a gdy stopniowo dołącza Werner Nadolny na Hammondach, potem Klaus Hess na gitarze i wreszcie nieżyjący już Peter Panka przywala w bębny z pełną tak charakterystyczną, nieco „toporną” siłą, słyszymy cała potęgę grupy – Jane w pełnej okazałości. I tak oto od momentu wejścia wokalu Bernda jestem w niebie. Wiem, że nie tylko dla mnie „dzień nie jest właściwą porą” – „Daytime is not my time”. Następny w kolejce jest mocny, czadowy „Wind”, stojący w sporym kontraście do melancholii i kontemplacji „Daytime”. Ale tylko do czasu, bowiem galopada riffów milknie, tempo zwalnia i odzywa się Bernd – chodząca melancholia. Hammondy brzmią tu wzorcowo, a nasz wokalista śpiewa jakby wiatr hulał po stepie, i w jego ustach taka prosta, banalna niby opowieść nabiera niespotykanych, nieco surrealistycznych, mrocznych czy dwuznacznych kolorów. Takich wokalistów dziś brakuje. Następne jest „Try to Find” – uśmiechają się do nas gitarowo-hammondowe twarze, i płyniemy sobie swobodnie aż do solówki Klausa Hessa. Chciałoby się ją wyróżnić w tym miejscu, ale byłoby to mocno niesprawiedliwe, bowiem Klaus wycina popisowe numery niemal w każdym numerze, kiedy tylko koledzy mu na to pozwalają. Gitarowo to jedna z najlepszych dla mnie niemieckich płyt roku 1972, czy też w ogóle epoki. Emocje głosu Bernda równoważy właśnie ta gitara, i tutaj, kiedy przez chwilę jednocześnie wybrzmiewa płacz obu tych instrumentów, te emocje dosłownie grają. Najdłuższe na płycie „Spain”, to małe arcydzieło, koronkowo utkany bluesowo, proto-metalowo, psychedeliczny majstersztyk, w którym jest wszystko to, co w albumie „Together” najlepsze, serwowane bez chwili na oddech. Pink Floyd spotyka Black Sabbath, a to małe jam session przerywa Vincent Crane z ekipą. Proszę posłuchać uważnie samemu, a może uda się Wam zwiedzić nawiedzone hiszpańskie brzegi, gdzie tylko Jane ma odwagę grać swoje pieśni, na przekór przemijającemu światu. Tytułowy „Together” brzmi troszkę jak kontynuacja „Try to Find”, może właśnie to, czego tak szukali Panowie to „być razem” w muzyce i grać tak cudownie jak tutaj, bardzo melancholijnie, ze smakiem i gustem. Cudnie wyważona melodia i akompaniament płyną sobie zupełnie jak ten tytułowy wiatr z jednego z poprzednich utworów, wiatr wiejący przez puste gotyckie katedry, przez nieprzebyte baśniowe lasy, mokradła, kamienne schody, cmentarze i place zabaw. Przez wszystkie te miejsca naraz. Ale najprawdziwsza perła dopiero przed nami – „Hangman”. Gitarowo, wokalnie, całościowo – kompletne arcydzieło niemieckiego rocka, którego wstyd nie znać, niezależnie od tego czy słucha się krautrocka, czy nie. Ta płyta to po prostu klasyka europejskiego rocka. Na równi z Black Sabbath, Deep Purple, Atomic Rooster czy Beggars Opera. „Kiedy budzę się rano, jest to koniec dnia”. A przy okazji piękny, cudowny hymn wszystkich tych, którzy nie czują się dobrze za dnia, których skrywa mrok, szelest przepastnych skrzydeł nocnych ptaków, zimno wiejskiego kościoła czy nagrobek jakiegoś narodowego wieszcza. Albo byle kogo. Bo kat powiesi wszystkich.

No comments:

Post a Comment