Wednesday, April 15, 2015

Code III

Kiedy myślę o kosmosie i szantach automatycznie przychodzi mi na myśl płyta zespołu Khan „Space Shanty”. Ale przyznam szczerze, że jej zawartość, przynajmniej w moim odczuciu, średnio oddaje tytuł albumu. Bo i folku tam mało, żeglowania między gwiazdami, i kosmosu też. Jest za to solidne progowe grzanie z lekko space’owym posmakiem.

Ale jest także inna płyta, z zupełnie innego mojego ulubionego muzycznie kraju – Code III “Planet of Man”. I ją postaram się Wam przybliżyć tym tekstem. Album zaczyna się od syrenich pieśni międzygwiezdnych kusicielek (a „po naszemu” od elektroniki kojarzącej się z ilustracją muzyczną wierszy ze „Space Ritual” Hawkwind) i przestrzeń ich syntezatorowych wokaliz może wydać się nieprzyjazna i zimna, jak pewnie kosmos jego pionierskim zdobywcom. Później męski i damski głos przedstawia nam narrację wprowadzającą w treść albumu – jej centralnym punktem zdają się być słowa „black empty space” i „billions of years after the birth of the universe”. Tu się właśnie teraz znajdujemy. Mam nadzieję, że kapsuła jest wygodna – proszę podziwiać gwiazdy. Po chwili odbierania najrozmaitszych sygnałów od obcych cywilizacji, wpadamy w gigantyczną kosmiczną burzę, która porywa nas już na kuszące brzegi nowej planety. O, właśnie zaczyna szumieć morze… Fragment ilustrujący nasze lądowanie kojarzy się ze ścieżkami dźwiękowymi filmów sci-fi z epoki czy nawet tych wcześniejszych, takich jak np. „Zakazana Planeta”, choć oczywiście tutaj pejzaż jest znacznie szerszy, paleta brzmieniowa bogatsza, bo i technologia lepsza niż w drugiej połowie lat 50-tych. Może nawet robi się troszkę “mandarynkowo” – z okresu recenzowanej przeze mnie wcześniej Alpha Centauri. Do szumiącego morza dołączają już wydmowe ptaki, plażowe ptaki, ciekawskie ptaki witające naszych astronautów. Elektronika milknie, a na plaży… trwa w najlepsze tubylcze folkowe jam session. To jest najcudowniejsza dla mnie część tego albumu – naiwne hippisowskie, pastoralne granie kojarzące się mi z folkowym arcydziełem Amon Duul – albumem „Paradieswarts Duul”. Proste akordy stanowią tło historii śpiewanej po angielsku z akompaniamentem fletu, fal i śpiewu ptaków. Czyli… to ludzie jak my i mają swoje pieśni. To tytułowa Planeta Człowieka, gdzieś w odległej przestrzeni, miliardy lat po narodzinach wszechświata – wylądowaliśmy we własnej przeszłości. Uwielbiam takie historie.
„Życie to nasiono zrodzone ze słońca”
„Świt Ery” – „Dawn of an Era” jest następny. I to już jakby zupełnie inna planeta – grubo ciosana, prymitywna, mroczna, duszna i brutalnie plemienna. Gdyby trzymać się linearnej konwencji naszej opowieści, to ten kawałek powinien otwierać „Planet of Man” – dźwięki narodzin człowieka i jego początki jako jaskiniowego wyjca zaopatrzonego w bęben. Płyta „Orgasm” Cromagnon przychodzi mi tu na myśl jako referencja przestrzeni dźwiękowej, ale też np. „Eskimo” The Residents jako „fałszywka” muzykologiczno-etnograficzna życia Eskimosów. W odpowiednim stanie umysłu byłbym w stanie uwierzyć że „Dawn of an Era” to cudem zarejestrowane w epoce kamiennej popisy dalekiego przodka Klausa Schulze. „Phoenix Rising” natomiast to już totalny trip, tak w duchu „Headmovie” Maschine Nr. 9, z tym że nie teatralno-poetycki, a raczej czysto muzyczny. To nie słuchowisko, ale momentami nagranie to wyrzuca nas poza System Słoneczny – więc proszę zachować ostrożność, jeśli ktoś chciałby wzorem hipisów motywować się przy takich „klimatach”. Może być bowiem problem ze znalezieniem trajektorii powrotnej. Naprawdę ciężka, najprawdziwsza psychedelia która powinna zawierać ostrzeżenie „Nie dla pluszowych misiów”. A bardziej poważnie – kawał sonicznego kuriozum z epoki, ale na tyle fascynującego, że wciąż chyba wartego uwagi. Jak cała płyta zresztą. Polecam!

No comments:

Post a Comment