Monday, April 27, 2015

Ballermann

Niemiecka grupa Grobschnitt znana jest nie tylko z progresywnego, space-rockowo melodycznego grania, ale też ze specyficznego poczucia humoru. Podwójny album Ballermann jest chyba najciekawszym z wczesnych dokonań zespołu.

„Hello my dear friends! Here I am again with my music!” Tak wita nas Eroc, perkusista grupy, przedstawiając później przyjaciół, którzy zaśpiewają razem z nim pieśń o Ali Babie przywiezioną z Afryki: „Sahara”. „Do you like it?” „Yes, you do!” Pomimo sporego dystansu i poczucia humoru melodia, na której oparta jest ta kompozycja jest naprawdę dobra, a aranżacja smakowita, space-rockowa, mieszcząca się między późnym Eloy a Hawkwind z epoki Calverta. Podoba mi się tutaj gitara, podoba mi się wszystko – nawet pastiszowy wokal. Śpiewa rzecz jasna Eroc – dziwacznie zresztą. Ale dziwaczne jest też poczucie humoru Grobschnitt – w jednej piosence Ali Baba, jego kości, bitwa na śnieżynki, darmowe koncerty – jednym słowem pełne szaleństwo – nie bierzemy jeńców. Jeśli ktoś nie kupi „Sahary”, wątpię żeby kupił Grobschnitt w całości – będzie jedynie lubił te bardziej „ludzkie” fragmenty ich repertuaru, ale zapewne nie cały ogromny pakiet odjazdowych imprez. I straci sporo dobrej zabawy.  „Nickel-Odeon” jest następny. To zdecydowanie bardziej „poważne” granie, z Hammondami, połamane, z dobrymi riffami, solówkami gitary – próbowałem sobie przypomnieć jakąś kaszankę, która wyszła spod palców Lupo, ale to na pewno nie miało miejsca na tej płycie – tutaj gitarzysta przyrządza raczej zupę meksykańską. Jest ostro, jest smakowicie, a do tego podane z klasą w dobrej restauracji „Pod Dziką Świnią”. Wokal Wildschweina to taki zmutowany soul, bardzo emocjonalny, ciekawie przetworzony, a to, co pod tym wokalem pichci Lupo… ech, ale o tym już pisałem. Mocny, progresywny kocioł życia, gdzie czarny humor spotyka wesołą rzeczywistość. I co najważniejsze, nie nudzi przez całych 9 minut. A teraz zrobi się bardzo spokojnie – wręcz ładnie. Na zakończenie strony A mamy bowiem balladę „Drummer’s Dream” z naprawdę przyjemnym tekstem, zwiewną melodią, która zabiera nas do parku, nad morze, gdziekolwiek, dokąd prowadzą wspomnienia naszego dzieciństwa, i gdzie znajdujemy spokój. Podoba mi się też rozwój tej kompozycji, zmiana tempa, rytmu, także wah-wah… Zaraz zaraz… Nektar – „Sounds Like This…”! Wiedziałem, skąd te pomysły. Z tym że nie jest to kalka, to identyczna pozytywna wibracja, przekaz i psychedeliczna zwiewność. Świetne zakończenie strony A i człowiek już nie może się doczekać odwrócenia płyty na drugą stronę. A tam czeka już na nas „Morning Song”, kontynuacja „Drummer’s Dream”. Znów bardzo nektarowe riffy, brzmienie, koncepcja. Musieli panowie z Grobschnitt bardzo lubić album „Sounds Like This…”, albo po prostu lata 73-74 miały taką wibrację. Znów dostajemy czad na koniec – podoba mi się bardzo ta solówka Lupo. Potem zespół zabiera nas do cyrku – albo to kupujesz, albo nie… Ja to kupuję i już wsiadam do „Magic Train” – tym magicznym pociągiem przejedziemy się najpierw do małego niemieckiego miasteczka z lat dzieciństwa członków grupy – przy akompaniamencie klawiszy. Następnie Wildschwein nada sygnał do wyjazdu stamtąd swoim wokalem na tle melotronu i stopy Dochodzi hi-hat, dalsze warstwy syntezatorów, a w 4 minucie 20 sekundzie odjeżdżamy niesieni jakimś klasycyzującym motywem, i już na pokładzie magicznego pociągu wysłuchujemy dalszej opowieści. Po 7. minucie robi się ciekawie i nieco jazzowo za sprawą gitary Lupo. Potem mamy odpowiednio ciepłe chórki, i dalsze popisy gitarzysty. Jest już bardziej żywiołowo, a melodia znana nam z poprzednich zwrotek rozpędza się, nabiera kolorytu i rockowego pazura. Miodzio. Ale prawdziwie miodnie – a do tego słonecznie – robi się na drugiej płycie. Muzycy częstują nas bowiem studyjną wersją „Solar Music” – podzieloną na 2 części 33 minutową space-rockową jazdą bez trzymanki. 1! 2! 3! 4!  Co można napisać o tym arcydziele space-rocka? Znamy je również z wykonania koncertowego, zawartego na kultowej w pewnych kręgach płycie „Solar Music Live” (1978), a także z „Sonnentanz Live” (1985) oraz z wielu innych kompilacji czy boxów, o których się nie wypowiem, bo nie posiadam w kolekcji – aż takim maniakiem Grobschnitt nie jestem. Wydaje mi się jednak, że nagranie tej, nazwijmy ją, suity z „Ballermann” to pierwsze, które usłyszały Niemcy, a potem świat. Do you hear solar music? Strona A, czyli część pierwsza „Solar Music”, zaczyna się progrockowo/hardrockowo i bez siatki bezpieczeństwa, a całości doprawia dziwny, ale w sumie odpowiednio nawiedzony i pełen pasji wokal Wildschweina. Specyfika tego wokalu może na początku odstraszyć, ale wydaje mi się, że jest on jednym z czynników wyróżniających czy wręcz definiujących kunszt Grobschnitt, podobnie jak gitara Lupo czy syntezatory i organy Mista. Od minuty 4 zostajemy jednak wystrzeleni na orbitę i zostajemy zapytani „Czy słyszysz słoneczną muzykę?”. Wiele razy. Słyszymy oczywiście ptaki (to chyba jakiś standard – swoją drogą muszę kiedyś zrobić listę krautrockowych kompozycji z ptakami w tle), a potem robi się floydowsko. Mocno floydowsko. Proszę posłuchać od 7 minuty. Od 9. wiemy jednak, że to Grobschnitt – charakterystyczna gitara Lupo rozwiewa wątpliwości. I tak sobie to wszystko krąży wokół Słońca, wchodząc w Eloyowsko-Hawkwindowe klimaty, w zakończeniu natomiast Eroc rozpędza się na perkusji i… koniec strony A! Część druga „Solar Music” wydaje mi się bardziej progresywna niż space-rockowa, także za sprawą klawiszy Mista, które są głównym daniem gdzieś tak do szóstej minuty, gdzie słyszymy szalony śmiech, a Mist przerzuca się na zabawki elektroniczne z epoki, zdaje się że z pomocą Eroca. Przypomina się wcześniejszy o rok „Sonic Attack” Hawkwind. Zwłaszcza z tym maniackim wokalem Wildschweina, który znów pyta (tym razem śpiewająco) o to „czy słyszysz… słoneczną… słoneczną…”. Zdawałoby się, że kompozycja tutaj się rozkręci, ale byliśmy cały czas wodzeni za nos. Za sprawą Lupo i organów część druga osiąga stratosferę dopiero przed 10 minutą. Myślę, że tę solówkę ma wrytą w pamięć każdy fan krautrocka. Definicja progresywnego odłamu tego „stylu”. Lupo jest tutaj nie do zatrzymania – tak powinien brzmieć psychedeliczny Gibson Les Paul. Solówka milknie szalonym wah-wah, a my żegnamy się ze słoneczną muzyką spokojnym graniem, które mi na myśl przywodzi wyczyny późniejszej nieco niemieckiej grupy (czy projektu) Blonker – debiut również na Brain – i to bynajmniej nie jest zarzut. Po takiej porcji szaleństwa jest bowiem czas zaparzyć sobie herbatę i przypomnieć o istnieniu planety, kraju, miasta, dzielnicy, domu i pokoju, a przede wszystkim gramofonu, którego talerz właśnie przestał się obracać. Dla mnie „Ballermann” to klasyka niemieckiego rocka z epoki, i byłoby mi wstyd nie polecić Wam tej jedynej w swoim rodzaju podwójnej płyty. Usłyszcie słoneczną muzykę i – miłego słuchania!

No comments:

Post a Comment