Thursday, March 12, 2015

Eloy

Eloy to jedna z tych grup, które chciałoby się odkrywać dla siebie na nowo wciąż i wciąż i wciąż… Pamiętam swój pierwszy raz, z płytą „Ocean” z 1977 roku. Na świecie wybuchał sobie punk, ale hippisi z Eloy się tym nie przejmowali i śpiewali o Słupach Heraklesa, Inkarnacji Logos i zagładzie Atlantydy. Dla 13-latka zaczytującego się w literaturze sci-fi i fantasy, ta grupa była jak spełnienie marzeń. Uzupełniałem więc dyskografię, ale teraz mam problem – bo znam już Eloy. Ale może Państwo nie, a jeśli nawet tak, to może Wy macie receptę na ponowne poczucie się jak świeżak w obliczu dorobku Franka Bornemanna i kolegów. Może zacznijmy więc razem, od początku… od płyty „Eloy” z 1971 roku.
See the machine and follow me And let us touch this history Stop in a time of changing season See a land of nobody
Co stało się „Dziś”? Nic szczególnego, plastikowi ludzie wstali do pracy, zjedli plastikowe śniadania, założyli plastikowe garnitury i z plastikowymi uśmiechami na jednakowych twarzach popędzili do plastikowych biur. Taki obraz społeczeństwa maluje pierwszy na płycie utwór „Today”. Ale Erich Schriever (tak, tak, legendarny Frank zabrał się za mikrofon dopiero na płycie „Inside”) tylko śmieje się z ich „małego świata”. Bo to jedyna metoda na to szaleństwo, możecie mi wierzyć. A sam utwór zaczyna się od manipulacji dźwiękowych (kiedy studio było kolejnym instrumentem…), częstując nas potem wybornymi riffami mogącymi kojarzyć się z Black Sabbath. Z tym że tutaj zamiast mroku robotniczego miasta mamy raczej post-apokaliptyczny krajobraz dżungli, która skonsumowała futurystyczne miasta, jaki szkicuje choćby „Wehikuł Czasu” z 1960 roku, gdzie zresztą Elojowie się pojawiają – a z powieści Wellsa służącej za bazę tego filmu pochodzi przecież też nazwa grupy… Kolejna piosenka, „Something Yellow”, jest protest songiem przeciwko… smogowi. Zaczyna się łagodnym bassem i bardzo sympatycznym, melodyjnym pianinem. Potem dostajemy połamane riffy i rytmy, które przy odrobinie wyobraźni mogły przecież zainspirować twórczość np. Megadeth. Taki thrash koncepcyjny przed thrashem, i to sporo, sporo wcześniej. Riffy kładzione pod wokal, jak stalowe szyny pod futurystyczny pociąg są bardziej „klasyczne”, ale po chwili ciszy wchodzimy znów w taki troszkę proto-metalowy galop – pamiętam, że jednemu z moich znajomych niektóre linie bassu Eloy kojarzyły się z Iron Maiden. Coś w tym jest. Solówki jednak zdecydowanie bazują tu na bluesie, nie na popisach szybkościowych. Struktura „Something Yellow” jest bardzo progresywna i ambitna. Dostajemy nawet psychedeliczną część z wah-wah i falującym bassem.
They are called Eloy in this old story But I think they are living in my mind
I ta psychedeliczna część to wrota do krainy, którą jest Ziemia w roku 802701 – spotykamy wreszcie Elojów! Według mnie wyjątkowo przebojowa kompozycja „Eloy” słuchana dziś sama w sobie jest maszyną czasu – przenosi nas bowiem do hipisowskich Niemiec, żywych ideałami, gdzie dzieci rewolucji nie dołączyły jeszcze do partii politycznych, nie zaczęły pracować w bankach i korporacjach, a od najnowszego modelu Mercedesa nie zsiwiały im włosy. W „Eloy” na uwagę zasługuje bardzo fajny segment perkusyjny, i ten bass, który później przejmuje pałeczkę. Znów mamy tę przebojową zwrotkę i sympatycznie hipisowski, nieco naiwnie melodyjny refren. To powinien być hit, zresztą podobnie jak bardzo melodyjny „Today”. „Song of a Paranoid Soldier” to natomiast przeszywający (szczególnie tekstowo) protest song przeciwko wojnie. Riffowo i koncepcyjnie znów mamy przez chwilkę taki thrash lat 70-tych, kto myśli szufladkami może się ze mną nie zgodzić, ale kto posłucha pomysłów Ericha Schrievera (on był w końcu liderem na tej płycie) i kolegów, ten z pewnością zasłyszy ziarna tej, w porównaniu z Eloy, brutalnej muzyki. Eloy brzmi oczywiście zupełnie inaczej, a takie proto-thrashowe wstawki to tylko wstawki, proszę się tym nie sugerować – ten utwór, i płyta, to w 70% klasyczny hard rock z ambicjami i mocnymi tekstami, w 20% krautrock, a w 10% innowatorstwo. Przynajmniej tak ja to słyszę. Naiwność i ból zawarte w „Paranoicznym Żołnierzu” naprawdę wzruszają. Bohater pieśni pragnie tylko „bawić się w piasku, jak za dni swego dzieciństwa”. Tak, wojna okalecza nie tylko ciało, ale przede wszystkim umysł – czasem żyje już tylko okaleczone ciało. Podobne dywagacje są tematem nieco mniej wstrząsającego „One” grupy Metallica. Znowu thrash, coś mi się musiało przyśnić. A może to „Głos Rewolucji” przemówił? „Voice of the Revolution” jest najkrótszym utworem na płycie, może była to przymiarka do singla? Riffy są fajne, rześkie, wokal przebojowy, tekst nośny, szczególnie na tamtych ideałach, ale kurcze, ta propozycja z „Eloy” najmniej mnie przekonuje. W porównaniu z opisywanymi wcześniej kompozycjami, to jest waga lekka. Ta piosenka, bo to jest prosta piosenka – nie jest dość mocna jak na przesłanie, które próbuje nieść światu. Ale to tylko moje zdanie.
We will reach a place for us Some day ’cause I know We’ll get the land of peace Somewhere the child will come Someday, somehow
Na szczęście „Isle of Sun” ratuje sytuację. Mocno psychedeliczna ballada mogąca kojarzyć się z Vanilla Fudge, czy Iron Butterfly, powolna, majestatyczna jak niebo, bardzo fajnie się jej słucha patrząc na lekkie poranne chmury, wyobrażając sobie tytułową wyspę. Co proponuję zrobić, muzyka jest bowiem lepsza niż jakiekolwiek używki, szczególnie dźwięki tak wysokiej próby. Z drugiej strony, dla kogoś mogą być to przecież „straszne smęty”. Wszystko zależy od kąta padania promieni słonecznych na polanę! Na koniec mamy jeszcze „Dillus Roady”, który muzycznie kojarzy się z Uriah Heep, szczególnie z „Gypsy”, czy też z taką hard-rockową, nawet punkową (no nie jest to The Stooges, wiem!) wersją „Lady Fantasy” Camel. A w tekście tego kawałka o roadie grupy Eloy jest bardzo zabawnie:
Dillus Roady come out here Dillus Roady we need some beer He’s like a mother without a breast
To przecież waga wręcz piórkowa, ale tym razem nie narzekam – bo i tekst jest bardzo leciutki, a sam utwór nie aspiruje do rewolucyjnych przemian. Tak więc mamy tu solidny hard-rockowo-krautrockowo-innowatorski album. I tak naprawdę ostatni album Eloy w tym stylu. Przebłyski są jeszcze na „Inside”, ale to już bardziej wycieczka w stronę space-rocka, wypolerowanego bardzo, w przeciwieństwie do „sonic attack” Hawkwind, ale zawodowego i przemyślanego. Potem będą płyty-arcydzieła, ale dla mnie „Eloy” z 1971 roku również jest małym arcydziełem. Tekstowo, wizualnie (proszę spojrzeć na okładkę, która w wersji winylowej jest dość unikalna), koncepcyjnie i muzycznie jest to bowiem album niepowtarzalny. A to dlatego, że przyszła legenda – Manfred Wieczorke – przerzuca się na klawisze. Frank Bornemann – nowy lider grupy i kosmiczny guru – na wokal. A wcześniej, z powodu nieporozumień artystycznych grupę opuszcza Erich Schriever. Nie chce być „profesjonalnym muzykiem” i wybiera się na studia. Asystuje jednak i pisze teksty grupie aż do roku 1974. Kontynuacją tekstową debiutu jest przecież całostronicowa kompozycja „Land of No Body” z płyty „Inside”. I polecam zaraz po debiucie odpalić sobie właśnie tę płytę! Miłego odkrywania tej wyjątkowej, futurystycznej krainy z hippisowskiego snu, i proszę uważać na Morloków!

No comments:

Post a Comment