Thursday, February 19, 2015

Dschinn

Co by było, gdyby The Who circa „Live at Leeds” miast wirtuozerskich Brytyjczyków, przybrało szaty solidnych krautrockowców, zamieszkało w Hessen i nagrywało dla Bacillus Records? Pewnie nazywaliby się Dschinn.

Graliby nieco ciężej, tak w duchu „Heaven and Hell” ze wspomnianej płyty, nie mieli ambicji operowych, stawiając na bluesa, a na ich pierwszej płycie można by usłyszeć Black Sabbath, Grand Funk, Blue Cheer, Uriah Heep, czy pozorne bałaganiarstwo „Flight of the Rat” Deep Purple, minus Hammondy. Panowie z Dschinn jeśli wierzyć pogłoskom, zaczynali karierę nie byle gdzie, bo w hamburskim klubie Star-Club, więc wychodzi na to, że ich korzenie muzyczne sięgają tak samo głęboko, jak grup wymienionych powyżej – w związku z czym trudno uznać ich za naśladowców „wielkich kapel rocka” lub marną podróbkę czegokolwiek. Nawet bez tej wiedzy, na płycie po prostu słychać korzenie rocka, a nie nawiązanie do nich, i to broni się samo w sobie nawet po 43 latach. Wystarczy posłuchać wokalisty (i gitarzysty rytmicznego) grupy, Petera Lorenza – ekspresja Rogera Daltreya, wibrato a’la David Byron, a barwa gdzieś tak zahacza o Wildschweina z Grobschnitt, zmiksowanego z Berndem Noske (tak wiem, za dużo słucham Birth Control). Jego wokal już w pierwszym utworze „Freedom” robi niesamowite wrażenie, i świetnie uzupełnia hard rockowe riffy najwyższej próby, refren natomiast jest taką garage-rockową wariacją nad Uriah, jeśli już porównywać muszę. Bardzo sympatycznie się tego słucha, a jeszcze przyjemniej słucha się takiej muzyki na żywo. Ten ponury sabbathowy riff w następnym na płycie „Fortune”! Pomarzyć! Gitarzysta prowadzący, Bernd Capito, to też 100% zawodowiec, który niby gra sobie przesterowanego fuzz bluesa cały czas, stąd moje skojarzenie z Blue Cheer, ale robi to na tyle charakterystycznie, że nie byłem w stanie znaleźć podobnego gitarzysty. Przyznaję jednak, że rozwiązania melodyczne solówki do „I Wanna Know” skojarzyły mi się z tymi z debiutu grupy Eloy, ale to akurat taka kompozycja, także jeśli chodzi o riffy i pracę sekcji. Sekcja jest bardzo solidna, może nie wirtuozerska na miarę najlepszej moim zdaniem sekcji rockowej Entwistle/Moon, ale bardzo solidna. Athanasios Paltoglou i Uli Mund nie starają się ścigać z Keithem, chociaż są w przewadze, a Silvio Verfurth ma swój moment w „Smile of the Devil”, proszę posłuchać też „I’m in Love”! „Smile of the Devil” zresztą kojarzy mi się ze wspomnianym wcześniej Grobschnitt, z okresu (2 lata późniejszego od płyty Dschinn) albumu „Ballermann”. I wokal i nastrój przywołują mi na myśl „Drummer’s Dream” i „Magic Train”. A kto woli magiczne autobusy, również coś dla siebie znajdzie – proszę posłuchać pracy perkusyjnej w „Let’s Go Together”. Jest tylko jedna rzecz, która mnie nie przekonuje, ale to tłumaczyło by historię ze Star-Club – dżinowa interpretacja „For Your Love” Yardbirds. Jest stylowa, jest zawodowa, ale nie przekonuje mojego ucha i tyle. Maksymalnie rozbraja mnie natomiast „Train”, w którym beatlesowska harmonijka ustna łączy się z ciężkimi riffami. I taki hołd dla dni w Star-Club jak najbardziej mi odpowiada. Jeśli to oczywiście prawda, że tam zaczynali – nawet jeśli słychać, że grać nie nauczyli się w hesseńskim garażu – to świat rock’n’rolla pełen jest niezbadanych legend, mitów i półprawd… ale czasem warto potrzeć zakazaną butelkę i wydobyć z niej jakiegoś zapomnianego Dżina. Dla fanów hard rocka, którzy zjedli zęby na wszystkich wymienionych w tym tekście, a nowe zjawiska mają dla nich za mało ikry.

No comments:

Post a Comment