Tuesday, January 6, 2015

Sperrmüll

Sperrmüll to solidny, niemiecki hard-rock w klimatach Deep Purple i Birth Control. Na tym krautrockowym albumie mniej jest eksperymentów, a więcej czadowego, gitarowo-organowego grania.

Jeżeli przez sformułowanie „krautrock” rozumiemy odjazdy Can, gotycko-psychodeliczną jazdę „Yeti” lub futurystyczną muzykę Neu! czy La Dusseldorf, to istnieje spore ryzyko, że płyta Sperrmüll z 1973 nam się zupełnie nie spodoba. Panom ze Sperrmüll bliżej bowiem do Kin Ping Meh, debiutu Eloy, czy nieco „wykastrowanego” Birth Control, czyli solidnego germańskiego hard-rocka. I to w zasadzie tyle tytułem wstępu. W przyswojeniu pierwszego utworu, „Me and My Girlfriend” pomoże nam zappowskie poczucie humoru, zamiłowanie do życiowych (dosłownie) tekstów i wrzucenie na artystyczny luz. Zabawny tekst „we are those in love and drunken too”, bezpretensjonalna melodia i przekaz, akustyczne gitary, mandolina. Ale też świetne solo syntezatora… i elektryczne pianino. A potem naprawdę smaczna solówka gitary, tak na deser, bo to w końcu też piosenka o gotowaniu ze swoją dziewczyną. Ale proszę nie wariować, „No Freak Out”! gdyż w bardziej „krautrockową”, niż hard-rockowo-popową jazdę wchodzimy z właśnie tak zatytułowaną kompozycją. Bardzo fajnie przetworzony wokal, znów eleganckie akustyczne gitary, „changing your life”, i zmieniamy nastrój. Organy brzmią tutaj wyjątkowo brudno i garażowo, grają solo, które też świetnie pasowałoby do płyt Eloy, jest bardzo „wieczorkowe”. Zresztą to ten sam rok, możliwe więc, że tak się wtedy po prostu w Niemczech grało organowego hard rocka. Nietrudno założyć, że bohaterem Petera Schneidera jest Jon Lord albo Ken Hensley. Za sprawą gitar, które pojawiają się później, robi się nawet trochę Heepowo, przy założeniu, że Czarodziej wziął Demona na randkę do germańskiego lasu pełnego grzybków. Ale to w gruncie rzeczy delikatny „trip”. Z tym że przyjemny, i jest to najjaśniejszy punkt strony A. „Rising Up”, które kończy tą stronę to już purplowsko-heepowskie granie. Tutaj wokal dodaje uroku i psychodelicznego posmaku, jest bowiem nieco senny i wyraźnie odrealniony. Świetną robotę wykonuje gitarzysta Helmut Krieg, który śmiało wiosłuje przez coś, co dziś nazywamy klasycznym rockiem. Trochę w nim Blackmore’a, trochę Micka Boxa, Franka Bornemanna, czy wreszcie Erika Braunna, w tych momentach, kiedy specyficznie „zagina” bluesowe zagrywki. W ogóle kojarzy mi się strona A albumu Sperrmüll z płytą „Deep Purple” z 1969 roku. Strona B zaczyna się od bębnów, ale to nie „Fireball”. Najdłuższy utwór na płycie, „Right Now”, ma fajny hard-rockowy wstęp, potem Reinhold Breuer raczy nas solem perkusji na modłę „In-a-Gadda-da-Vida”, a na wysokości 5 minuty powoli rozpętuje się bardzo fajny jazz-rockowy groove, znów trochę Wieczorkowo/Eloyowy, trochę doorsowski, bardzo, bardzo przyjemny. Finał przygotowuje nas natomiast na wizytę w the „Land of the Rocking Sun”. Tutaj mamy bardzo fajną linię bassu i nieco Birth Controlowate grzanie. Chciałoby się, żeby wokal był mocniejszy, a wokalizy miały więcej „jaja” w stylu Pana Noske, ale i tak jest przyzwoicie. Bardzo podoba mi się tutaj gitara, szczególnie kiedy na wysokości drugiej-i-pół minuty wchodzi sobie w bardzo Frenzelowski riff. Dla mnie to prawdziwy highlight strony B. Mamy jeszcze na koniec „Pat Casey”, i tu czekają nas już niestety mniej ciekawe, przynajmniej dla mnie, wycieczki. Gdzieś w płytę „Rebirth” Controli, która była bardzo prostym i – dla mnie – nudnym, bo pozbawionym zapamiętywalnych melodii, hard rockiem. Zakładając jednak, że jesteśmy już odpowiednio „in love”, i „drunken too”, to „Pat” ładnie zakończy imprezę w kuchni z niemieckim rockiem. Mamy więc 3 świetne utwory: „Me and My Girlfriend”, „No Freak Out” i „Land of the Rocking Sun”, i 3 poprawne, które nie przeszkadzają, a świetnie „sklejają” płytę. W tekście nie było jednak o kleju, a o grzybkach, choć prawda jest taka, że jedyny album Sperrmüll najlepiej „wchodzi” grany na cały regulator, w asyście dobrego wina i piwa, kiedy twoja dziewczyna gotuje coś paskudnego za ścianą, ale przecież i tak to razem zjecie. Z taką muzyką, jak śpiewało Birth Control, „no drugs!” are necessary, i jest dobrze.

No comments:

Post a Comment