Saturday, January 31, 2015

Easter Everywhere

Bedouin, your tribe’s ascending, from the egg into the flower …

tak zaczyna się płyta „Easter Everywhere”, „Wszędzie Wielkanoc”… teksańskiej legendy, za której (nie do końca szczęśliwą, ale to temat na osobny artykuł) twarz odpowiadał Roky Erickson – grupy The 13th Floor Elevators. Otwierający się tymi słowami ośmiominutowy monument psychedelii, „Slip Inside This House” ma najbardziej poetycki tekst w historii muzyki nie tylko psychedelicznej, ale i śmiem twierdzić rockowej. Nic dziwnego, skoro jego autorem jest grający w grupie na słynnym electric jug, które stało się znakiem rozpoznawczym Wind na 13 Piętro, Pan Tommy Hall. Jego poetyka opowiada tu w ciągu 8 minut całą historię ludzkości, kondensując wszystkie Święte Księgi w elektryzujący rockowy manifest wolności. Zainteresowanych tekstem „Slip Inside This House”, jego analizą i poezją Tommy’ego Halla zapraszam na http://www.lysergia.com/LamaWorkshop/Elevators/lamaElevQuest.htm, i przechodzę dalej, do utworu „Slide Machine”. Przechodzę, albo raczej przepływam, bo ten utwór to szalony nurt psychedelicznej rzeki, o wejściu do której zostaliśmy uprzedzeni już w „Slip Inside This House”, w wersie o trzy-okich ludziach, którzy puszczają jo-jo gdzie im się podoba. Jo-jo kręci się tu jak szalone, a slajdy teksańskiego życia, może nawet nieco westernowe, migają przed oczami w tempie psychotycznego Leslie. Ale to tylko reverb i fuzz. I electric jug, bez którego nie byłoby połowy ambiance tego albumu. Pan Hall nie tylko pisze teksty tak, jakby Jimi Hendrix był Byronem, ale i żongluje dźwiękiem jak najlepszy iluzjonista. „She Lives (In A Time Of Her Own)” maluje portret, portret kobiety. Kiedy słucham tej piosenki za dnia, jest po prostu o kochance. Piosenka słuchana natomiast w nocy, przy kadzidłach, to już przygoda z Kali na LSD, w ogóle płyta „Easter Everywhere” robi ze słuchaczem coś, co chyba nie udało się jeszcze żadnemu albumowi – klaryfikuje go. Jeśli Twoja dusza jest czysta i piękna, płyta poniesie Cię w górę. Jeśli jest brudna i brzydka, ta płyta nie jest dla Ciebie, bo w najlepszym wypadku ściągnie cię do jednego z lżejszych buddyjskich piekieł. Ale możesz zaryzykować puryfikację, i dołączyć do nurtu czystości. Płyta, która ucieleśnia zen i uduchawia ciało. Nawet jeśli masz „Nobody to Love”. A nawet jeśli, jak ja, masz „Somebody”, to „Nobody” wcale gorsze od hitu Jeffersonów nie jest. I ma świetny riff i fuzzowe sola. Nie śpiewa tu Roky, a Stacy Sutherland. I to jedyne, co wyróżnia utwór. Bo płyta ta jest dla mnie wzorcem amerykańskiego psych, a obiektywnie monolitem, które to słowo padło przy opisywaniu otwieracza. Płyta brzmi spójnie, jednorodnie, jest wykonana, nagrana i wyprodukowana ze 100% pewnością kierunku. Wszyscy byli skupieni, uduchowieni, i wiedzieli co chcą osiągnąć: Esencję, kryształ psychedelicznego brzmienia. Kryształem tym jest choćby „It’s All Over Now, Baby Blue”, oczywiście piosenka Dylana. W sosie „Wielkanocy” Wind brzmi przecudnie, teksańsko, pustynnie, nierealnie, dziko, i ten wokal Roky’ego, który – kiedy byłem młodszy – potrafił wydobyć łzę z mojego oka. Teraz płaczę już tylko duszą, i – przy tym akurat utworze – często. I to wszystko, a to dopiero strona „A” oryginalnego winyla. I mógłbym tak samo rozpływać się nad stroną „B”. Ale wtedy padałoby wciąż „electric jug”, Roky, fuzz, reverb, jo-jo… a może Państwo po prostu przerzucą sami ten winyl, najlepiej w wersji MONO, nawet bootlegowej, na stronę „B”, i po prostu rozpłyną się w tej rzecze psychedelicznego oczyszczenia. Może nawet dla tych z brudną duszą jest nadzieja, że ta płyta ich wybawi. Bo, wierzcie mi, ma taką moc. Sam sprawdziłem w Berlinie, w 2008 roku. Jeśli Naczelny pozwoli, postaram się zrecenzować też zbiór poezji samego Roky’ego, „Openers”, wydany w Teksasie w 1972 roku. Jest tak samo piękny jak „Wielkanoc”, i poezja Tommy’ego Halla. Polecam. Nie przejdźcie obok tego domu. Domu, w którym 13 piętro istnieje, i jedzie na nie opleciona słońcem winda. Tylko trzeba nieco odwagi – czasami trzęsie.

No comments:

Post a Comment