Friday, January 23, 2015

Alpha Centauri

Tangerine Dream to kultowa nazwa. Napisano o tej muzyce prawie za wiele, grał ją John Peel, tripowali do niej hipisi w katedrach, jest tak wpływowa, że muzykolodzy głowią się nad jej fenomenem do dziś i będą się głowić po kres ludzkości.

Po co więc komu kolejna recenzja TD? Zadałem sobie to pytanie zabierając się za pisanie recenzji „Alpha Centauri”, którą zakupiłem ostatnio w pięknym dwupłytowym wznowieniu Virgin z 1976 roku, z „Atem” na drugiej płycie. Tym sposobem mam dwa klasyki budżetowo i jestem szczęśliwym astronautą. Właściwe pytanie brzmi – dlaczego nie kupiłem sobie „Zeit”? Albo „Rubycon”? Albo „Stratosfear”? A dlatego, że „Zeit” arcydziełem jest, ale nie kręcą mnie lodówki i wiolonczele, a sequencery i lęk przed wysokością zostawiam fanom cyborgów i wirtualnego seksu. Lubię kosmische, i to takie, że wystarcza za 1500 mikrogramów tego, czego prawdziwy szaman nie potrzebuje do szczęścia. A tego na „Alfie” jest pod dostatkiem.
This album is dedicated to all people who feel obliged to space. Czyli nam też.
W trzecim systemie wschodzi słońce. Jest piękne. Nie znam go, ale jest piękne. Jest kobietą, albo tak mi się przedstawia. Jest pulsem, organami, nieśmiałą gitarą, czarną materią, która pewnie jest tylko przestrzenią studia nagrań, ale zapomniałem nie tylko o tym, ale i o Ziemi, nastawiając płytę. Kiedy dźwięk nabiera odwagi, staje się głośniejszy i nabiera formy, dosłownie oglądamy wschód słońca w trzecim systemie. Czyli świeci nam czerwony karzeł Proxima Centauri. Tak przynajmniej mówi komputer pokładowy. Ja wciąż rozmawiam z nowym słońcem i tyle. Jest podniosłe, zimne, fascynujące, jednocześnie analogowo ciepłe, i bardzo, bardzo bezczelne. Bo to takie bezczelne kosmische lo-fi. Dziś niejeden „mądry” mógłby się zaśmiać: „Ha! W domu nagrałbym to lepiej!”. Ale nie każdy jest takim astronautą jak: Edgar Froese – gitara, organy, bass, ekspres do kawy Christopher Franke – perkusja, instrumenty perkusyjne, flet, cytra, piano, VCS3 Steve Schroyder – organy, głos, echo machines, iron stick Udo Dennebourg – flet, głos Roland Paulyck – syntezator. Choć chyba każdy czuje się „zobowiązany wobec kosmosu”, jako jej/jego dziecko. Więc każdy usłyszy na swój sposób kometę 32P/Comas Solà, jej lot i kolizję. I ten nierealny flet, który śpiewa niczym ona. Co ciekawe, niedawny śpiew komety Rosetta można usłyszeć tutaj: https://soundcloud.com/esaops/a-singing-comet, ale ona, sądząc z brzmienia, chyba inspirowała się Conradem Schnitzlerem, który na wysokości “Alfy” częścią galaktyki Tangerine Dream już nie był. I tak słuchamy, lecimy sobie (to część “Fly”) aż do momentu kiedy… wchodzi ten syntezator i te przeklęte bębny Christophera Franke. Jeśli to nie jest najlepsza muzyczna ilustracja kolizji (“Collision”) na kosmiczną skalę, czy 32P/Comas Solà z Jowiszem, czy purpurowego nosorożca z Tunguską, to od dziś zacznę pisać recenzje płyt Taylor Swift. Moje słowo. I tu przechodzimy do najważniejszego stwierdzenia, które zawarto wewnątrz okładki: „The music material of this album was felt by Tangerine Dream.” „Felt” – „Poczuty” – słowo klucz. Bo płytę, a szczególnie utwór tytułowy, zajmujący całą stronę B, trzeba poczuć. Nie pisać o nim, rozwodzić się nad partiami instrumentów, chwalić kunszt i inwencję, czy bawić w muzykologię dla opornych. Proponuję wzorem Edgara Froese sięgnąć po ekspres do kawy, albo zaparzyć sobie herbaty, wedle uznania, usiąść samotnie lub z ukochanym/ukochaną, nastawić to diabelstwo sprzed 44 lat i na chwilę zostać astronautą. Każdy marzył o tym jako dziecko, prawda? Marzenia się spełniają, a tylko statek kosmiczny Psychosonda i muzyka galaktycznych lotów może w tym pomóc. Muzyka dokładnie taka, jaką znajdziecie Państwo na płycie „Alpha Centauri”.

No comments:

Post a Comment