Wednesday, December 9, 2015

Phfunk!

Wednesday, November 4, 2015

Scenes from Red Earth

Saturday, October 31, 2015

Macht Das Auf

Saturday, October 3, 2015

TN​-​237m

Thursday, October 1, 2015

The Unclaimed

6 króciutkich garażowych petard. Brzmienie klawiszy jest kwiatowe do bólu, reverb elegancko skąpuje co trzeba, wokalista jest może nieco za mało Seedowski jak na mój gust, bo taki Sky Saxon zawsze kojarzy mi się z dobrym amerykańskim psych, ale i tak jest naprawdę OK.

To The Unclaimed. I rok 1982. Mini-album z Los Angeles, o takim samym tytule jak nazwa grupy. Znalazłem to sobie przypadkiem podczas nocnych grzebanin w śmietniku. Serio! W końcu to Londyn, baby, wszystko może się zdarzyć. „Lost Trails” to faktycznie takie zagubione szlaki. Panowie z pewnością lepiej pasowaliby z tą muzyką do lat 1966-69. Chociaż, prawdę mówiąc, w 1969 to brzmienie już byłoby reliktem! Wyobraźcie sobie zatem ten surowy, prymitywny garażizm, z którym mamy tu do czynienia. „No Apology” skojarzyło mi się, zgodnie z tytułem, z „Search and Destroy” The Stooges i Panowie, tak jak Iggy, nikogo przepraszać nie zamierzają za to, że takimi się urodzili. Ciekaw jestem wyników sprzedaży tego albumu, choć w 1982 nie było mnie jeszcze na świecie – możliwe więc że przegapiłem jakiś L.A. psych-revival. Ale oni nie brzmią „na siłę”. To nie moda, a bardziej estetyka dźwiękowa – a do tego jest to przefiltrowane przez najczystszy punk, więc Panowie z The Unclaimed nie utknęli mentalnie w 1966 i heja. A to kolejny plus w moich oczach. „Walk on the Water” jest, odpowiednio do tytułu, nieco rozmyte i nawiedzone, powiewa garage folkiem i jest nieco bardziej pokręcone niż wcześniejsze propozycje, choć równie surowe, proste i konkretne. Takie psych-Ramones na Sky Saxonowym fuzzie. I z Farfisą. Czy czymś tam, w każdym razie Farfisowym kwiatem klawiszy, w miętowym krysztale, sami rozumiecie… „Things in the Past” zaczyna się bębnową petardą i dzikim okrzykiem – i na tle tego rytmu mnie ten wstęp gitarowy kojarzy się z surf-rockiem. Jimi Hendrix rzucił sobie w „Trzeciej Skale” tekstem „I już nigdy nie usłyszycie surfowej muzyki” – a tu bum! i tuż przed jego wymarzonym 1983 (choć fakt, o rok w tekście nie chodziło) The Unclaimed łoją jakby Dick Dale spotkał 15 letnie dzieciaki w kalifornijskim garażu. Entuzjazm to słowo klucz – i ja go tu słyszę. Raz jeszcze podkreślę, to, na moje ucho, nie jest stylizacja „na siłę” – to są emocje i czad. A fuzzowy potwór „Ugh” zmiata wszystko. To mój ulubiony fragment płyty. Jeden krok dalej, gałką trochę bardziej w prawo i mamy The Morlocks. No, prawie… Jeśli napiszę o Morlocks to dopiero poczujecie zapach psychedelicznego garażu. Najłatwiej zwizualizować sobie “psych” Morlocks przeciwstawiając temu „psych” Eloy. Obie nazwy bowiem z jednej bajki. Ale wracamy do The Unclaimed. Ten utwór, gdyby znalazł się na składance z epoki przypadkiem, nie podpadłby nikomu, a co więcej, byłby mocnym takiej składanki punktem. Płyta jednak jest bardzo krótka i kończy się nieubłaganie pulp-fictionowskim „Phunt Walk”. Owszem, filmu wtedy nie było, ale te dźwięki idealnie pasowałby do takiej tarantinowskiej estetyki, a Pan Quentin chętnie przygarnia takie starocie czy stylizacje na takowe. I tak oto, instrumentalnie, żegnają się z nami Panowie The Unclaimed i jestem pewien, że to nie ich jedyna płytka. Od tamtej pory częściej zaglądam do tego śmietnika. Polecam The Unclaimed miłośnikom psych/garage rocka. Warto sprawdzić jeśli się nie zna, a jeśli się zna – przypomnieć sobie!

Thursday, September 17, 2015

Disco Dream And The Androids

Za album “Disco Dream And The Androids” odpowiada nie kto inny jak Adrian Wagner. Kompozytor, artysta, producent i wynalazca znany choćby z solowej twórczości, z tak udanych, czy nawet wybitnych płyt jak „Distances Between Us” (gdzie pojawia się gościnnie Robert Calvert z Hawkwind – w niesamowitej elektronicznej wersji „Steppenwolf” później nagranej przez ten zespół właśnie), „Instincts”, czy „The Last Inca”, gdzie w wysmakowany sposób łączy elementy rocka progresywnego, synth popu, muzyki eksperymentalnej czy ambientu. Co do wynalazczości polecam wpisanie w wyszukiwarkę hasła „Electronic Dream Plant”.

Za album ten odpowiada jednak też wspomniany już Robert Calvert. Bo “Dyskotekowy Sen Androidów” to jego i Pana Wagnera koncepcja. Kiedy spotyka się Poeta Ery Kosmicznej i pra-prawnuk Ryszarda Wagnera, a tematyką jest disco i androidy, a wspomaga ich najlepsza na rok 1979 technologia… nie mam pytań! Przygodę z androidami zaczynamy od utworu „Dream Machine”, którego tytuł, przynajmniej u mnie, wywołuje skojarzenia burroughsowskie. Ale tu więcej Morodera, Kraftwerk i Tangerine Dream. Tak, to disco, ale nie jest to ani Bee Gees, ani Boney M. To zimne, neonowe disco prosto z panelu sterowania najnowszych modeli androidów Nadria typ ECY 271 i jej chórku: androidów Doremi Fasola i Latedo 491A series typ MAP. Doremi Fasol Latido. Hm… „Tańczmy na wszechświecie, tańczmy na Marsie, tańczmy na gwiazdach.” Istotnie bit utworu do tego zachęca, a ponad 8 minutowy czas trwania ułatwia sprawę. Bardzo podobają mi się syntezatory prowadzące melodię. Charakterystyczny puls faktycznie wynosi w gwiazdy, a kosmiczne efekty specjalne (to chyba syntezator Wasp, wynalazek Pana Wagnera) sprawiają, że utwór zyskuje walorów poza-parkietowych. Bardzo przyjemnie się tego słucha, także dla samej przyjemności. Psychedelic disco? Być może… Kolejny, ośmiominutowy „Is This A Dream (Or Is It Real)” ma bardzo sympatyczny wstęp, gdzie odzywa się gitara. Słychać ją też później z ciekawym „podwodnym” efektem. Gdzieś nawet słyszałem taki preset. Ten utwór jest mniej ekstatyczny, a tekst kojarzy mi się z Hawkwind. Czego się Pan Calvert nie tknął… Nawet płyty Amon Duul UK z jego udziałem są hm… calvertowskie! Wciąż śpiewają dla nas cztery znane już androidy. Tej kompozycji słucha się moim zdaniem przyjemniej, niż do niej tańczy – aczkolwiek tancerz zagubiony na Marsie na wysokości utworu pierwszego raczej nie będzie śpieszył na dół. Bo i nie ma powodu. Słowo klucz tutaj to disco-trans, dobry aranż, smak i elegancja brzmienia, przestrzeń i świetna produkcja – bycie pra-prawnukiem Ryszarda Wagnera zobowiązuje! Kosmicznym Poetą także. Bardzo podoba mi się ten moment, gdzie słyszymy tylko perkusjonalia i vocoder… Mniam. Blisko 4-minutowe „Love Dance”, mogłoby być singlem i kasuje wszystkie współczesne produkcje tego typu, no z wyjątkiem Kylie Minogue. Poziom smaku ten sam. To przykład, że we właściwych rękach muzyka taneczna to też sztuka, nie komercyjna papka dla małolatów. Zresztą wokal Kylie w tym utworze to byłby killer tysiąclecia, choć na Panią Android też nie narzekam. Zmysłowo, ale neonowo. Zima zakochanych androidów. W „Connection/Disconnection” odzywa się android Rengaw Musco series 4N 67 – czyli… Robert Calvert. Dla mnie to najmocniejszy punkt albumu. Disco-funky z dadaistycznym zadęciem, podziemnym vibe i artystycznym haczykiem. Robert śpiewa też bardzo ciekawy tekst, choć zdecydowanie nie z półki jego klasyków, to naprawdę dobrze napisany i pełen charakterystycznego dla Roberta humoru. Robert Calvert podczas koncertu „Android Love” to kolejna pieśń-hicior, i tutaj wypadało by zaznaczyć, że tematem albumu jest żartobliwa koneksja tańca disco i stworzeniem rozrywkowych androidów. Nietrudno wyobrazić sobie takowe pląsające po podświetlanym parkiecie w rytm tej piosenki. Co, jeśli takie dwa androidy się zakochają, ale będą innego typu? (Connection/Disconnection) – czy więc „android love” jest lepsza od naszej, ludzkiej? Na pewno inna. „Cafe Des Illusions” kończy płytę, a w lokalu tanecznym gasną światła. Tak, to wszystko iluzja. Proszę ją spłukać, przestać marzyć o androidach i skupić się na prawdziwej miłości – inaczej, tak jak Pan Android tutaj, a Red. Kaufmann na co dzień, utkniecie w “Kafejce Iluzji” na dobre. Płytę wyprodukował Tony Richards i sam Adrian Wagner. A za niesamowitą oprawę graficzną odpowiada Rod Vass. Wszystko nagrano tam, gdzie powstał Wasp – w Electronic Dream Plant. Polecam fanom ambitnego disco, niepowtarzalnej epoki neonowego szaleństwa. Z okazji 30 lecia wydania albumu, ukazała się właśnie reedycja. Możecie ją kupić na http://www.adrianwagner.com/awdiscodream.html

Tuesday, September 8, 2015

Black Holes Are Here

Monday, August 24, 2015

Silent Revolution, Deafening Meditation

Wednesday, August 12, 2015

Concrete

Thursday, July 30, 2015

Yeti

Moja przygoda z Amon Duul II zaczęła się, gdy na 14 urodziny dostałem od ojca składankę „Lemmingmania”, będącą zbiorem singli tej zasłużenie legendarnej niemieckiej grupy. Później dostałem podwójny winyl „Yeti”, który przy okazji mojej tegorocznej wizyty w Londynie na koncercie ADII, a dokładnie podczas pokoncertowej wizytacji backstage’a, udało mi się ozdobić autografami wszystkich cżłonków składu zespołu A.D. 2015.

Rozmowy z Chrisem Karrerem i Johnem Weinzierlem na temat techniki gitarowej, zostanie wyśmianym za strach przed lataniem przez Danny’ego Fichelschera, i specjalny prezent od Renate Knaup zostawię już dla siebie. A tutaj skupię się na płycie „Yeti” właśnie, gdzie na dobre 9 lat przed bauhausowskim „Bela Lugosi’s Dead” słyszymy gotyk, a przed „Raw Power” The Stooges czysty punk, pomijając już tytułową improwizację, która wymykając się wszelkim kwalifikacjom estetycznym i stylistycznym zapowiada nam eksplozję współczesnej muzyki improwizowanej odzianą w popowe szaty – w przeciwieństwie do wcześniejszych dość hermetycznych kulturowo płyt awangardowych z lat 50-tych czy 60-tych, także niemieckich (przychodzi na myśl Zodiac Club w Berlinie – na przykład wydany w 2008 roku album Human Being – „Live at the Zodąiac – Berlin 1968”). W formie koncertowej Duule są wybitnej, grają na dwa zestawy perkusyjne i brzmią jak za starych dobrych lat (fakt, znam to tylko z zapisów video), a wersje „Kanaan” i „Eye-Shaking King” to czysta kosmiczna energia – utwór ostatni to w wersji live jednocześnie hymn słońca i muzyka śmierci. Proszę sobie to wyobrazić. „Eye-Shaking King” mamy zresztą przecież na „Yeti”, z niesamowitym przepuszczonym przez ring modulator upiornym wokalem Karrera i niemiłosiernym atakiem gitar, jego i Weinzierla. Sekcja rytmiczna mogłaby spokojnie robić za buldożer podczas prac porządkowych w Schwarzwaldzie, albo czyścić teren pod zbieranie bawarskich grzybków. W „Królu” słyszymy punk, gotyk, i heavy metal jednocześnie, choć ja osobiście heavy śmiało zastąpiłbym słowem „black” – minus Szatan plus syryjskie bóstwa. Podczas koncertu niesamowite wrażenie robił riff Karrera – dopiero na żywo dostrzega się jego bluesowo-sabbathowską potęgę w pełni okazałości. Na płycie mamy też „Archangel’s Thunderbird”, utwór który powinien być hitem, z prostym, acz skutecznym riffem, niesamowitym rytmem perkusji i niezrównanym wokalem Renate Knaup, która z niejednej późniejszej gotyckiej diwy robi tutaj przedszkolankę straszącą dzieci. „Archaniołek” ukazał się zresztą na singlu, na który wciąż poluję. Na uwagę zasługują też kosmiczne syntezatory i gitary służące za interludia między zwrotkami. Nie na darmo Renate zapowiada Chrisa i Johna nie tylko jako gitarzystów, ale też jako „hałas”. Mam do tego numeru zresztą sentyment, bo był moim paszportem na backstage, ale o tym może innym razem. Mamy też niesamowite „Soap Shop Rock”, które płytę otwiera, z „Burning Sister” na czele, dedykowaną Czarnym Panterom. Najbardziej polityczna wypowiedź Duuli po okresie „pierwszo-komunijnym”, ale nie tak dosadna jak choćby Dylan – tutaj bowiem w poetyckich słowach mamy delikatny acz stanowczy wyraz buntu przeciwko władzy – w tym przypadku sędziów, a także protest przeciwko kontroli ogłupiającej masy telewizji. Takie Lennonowskie utopijne zbliżenie międzygalaktyczne. Do moich faworytów należy kończący drugą płytę klejnot „Sandoz in the Rain”, gdzie członkowie oryginalnej komuny dołączają do kolegów muzyków i razem częstują nas narkotyczno-folkową pieśnią o duchowości kwasu. Takie czasy, taka estetyka. Przemawia do mnie poprzedzająca też ten utwór kontynuacja tytułowego „potwora”, czyli „Yeti Talks to Yogi”. W monachijskich lasach musieli mieć wtedy niesamowitych joginów – jednemu miałem przyjemność ścisnąć dłoń i podać marker. Wielkim szacunkiem powinniśmy darzyć Chrisa Karrera i spółkę – od prawie 50 lat bowiem częstują nas najczystszą psychodelią pod słońcem i wygląda na to, że zasileni młodą krwią Ulliego Fliszta i Sigiego Hummera nie zamierzają przestać. Ja tymczasem wracam do monachijskiej pustelni i zaopatrzony w dzbanek zielonej herbaty nastawiam „Yeti”. Jeśli ktoś woli kawę, proszę uprzejmie – ważne żeby znaleźć w zabieganym życiu czas na zapoznanie się z klasyką niemieckiego rocka, nie tylko psychodelicznego. Absolutny mus.

Friday, July 17, 2015

Krautrock Makes Me Horny (Fuck Me)

Wednesday, July 15, 2015

Lo​-​Fi Spacemen and Supermodels

Tuesday, July 14, 2015

Impressions On Reading Aldous Huxley

Kolejna niemiecka psychodeliczna perełka. Organowo-fletowy „Prologue” wprowadza nas w opowieść o Nowym Wspaniałym Świecie przygotowując nastrój pod „Alpha, Beta, Gamma Delta” – swoiście religijno-futurystyczną, pierwszą z huxley’owskich impresji.

Słychać bogate instrumentarium, automat perkusyjny, gra niemal orkiestra, świetna linia bassu, flety, a przed oczyma stają wizje futurystycznego miasta A.D. 1972, którego fragment zresztą widzimy na okładce albumu. Bardzo podoba mi się tu solo gitary. Mamy też charakterystyczny krautrockowy puls przebijany akcentami gitary i perkusji, saksofon gra ciekawą frazę… a potem następuje bardzo ciekawe, ni to free-jazzowe, ni folkowe solo fletu. Około 5. minuty słyszymy głosy, być może ludzi dławiących się sterylnie czystym powietrzem. Smogiem? Dymkiem? Ten ostatni trop sugeruje końcówka utworu, jak i zresztą cała płyta. Mój ulubiony fragment albumu, „Lenina” zaczyna się bardzo subtelnie, a po chwili rozwija w delikatne, koktajlowe latynoskie jazzowanie, na którego tle kobiecy głos nieśpiesznie zachęca nas do pozostania w Nowym Wspaniałym Świecie nieco dłużej i częstuje pocałunkami. W takim cocktail-barze mógłbym spędzać lata – pod warunkiem że drinki byłyby delikatnie spiked. Bardzo relaksacyjna, letnia, lekka muzyka. I w tym przypadku te określenia wcale nie są pejoratywne. „Soma” to też intrygujące cudeńko, już bardziej psychedeliczne i ciężkie, choć tylko brzmieniowo – koncepcyjnie jest to bowiem nadal nurt plastikowej krautrockowej rzeki niekończących się blokowisk ery post-kosmicznej, pasów startowych i kosmodromów. W tej odsłonie nie jest to huxley’owski koszmar, a lekka, nostalgiczna przygoda. Organy są dla mnie tutaj najsmakowitsze, a za sprawą thereminu czujemy się jak na Zakazanej Planecie lub wśród Astro-Zombie Stratosfery. Utwór stylowo wykańcza smakowita partia gitary elektrycznej. „Halpais Corn Dance” jest egzotyczne do tego stopnia, że Les Baxter nie powstydziłby się tej kompozycji, choć dla wybrednych, „mrocznych” kraut-maniaków ten fragment płyty może być lekko niestrawny. Zalecam zwiększyć dawkę martini i słońca, a wtedy horyzont nabierze nowych kolorów. Świetna perkusja i egzotyczne bębny, przeszkadzajki. Wakacyjne, wyspiarskie plumkanie. Brave New Worldowskie „The End” z Doorsowskim nic wspólnego nie ma, ale to równie mocna psychedeliczna jazda, choć już innym wehikułem. Miast szukać mroków duszy, szukamy słońca w huxley’owskiej metropolii i podobnie jak na całej płycie, w podróży towarzyszą nam: Dicky Tarrach – perkusja, bębny Lucas Lindholm – bass, violone, organy, piano Herb Geller – flety, rożek angielski, saksofony, organy Reinhart Firchow – recordery, flety, okaryna, stylophone, bębny, głos John O’Brien-Docker – gitary, organy, bębny, głos, dzwonki Esther Daniels – głos A od 10 minuty rozpoczyna się prawdziwa uczta, która powinna zadowolić najbardziej wybrednych miłośników muzyki z epoki – i to niezależnie od gatunku. Album kończy „Epilogue”, recytacja książki połączona z efektami dźwiękowymi plus zabawna melodyjka na koniec. Cały album polecam bez dwóch zdań. Świetnie sprawdza się jako soundtrack do filmu czy tło do lektury książki Huxleya – zabawnie aktualnej w XXI wieku.

Friday, May 29, 2015

Alfred 23 Harth

Sam kiedyś narzekałem: „Nic ciekawego nie dzieje się w nowej muzyce”, dopóki dziwnymi kolejami losu poprzez swoją poezję nie zacząłem wkręcać się w świat mikro-labeli, miast błąkać bez celu po korporacyjnych „salonach” i „sklepach muzycznych”.

Teksańskie wydawnictwo Kendra Steiner Editions wydało moją płytę “Stoned Gypsy Wanderer” w ubiegłym roku, ale nie jest to najlepsza pozycja w ich katalogu. Jedną z takich mam bowiem właśnie przed sobą – „China Collection” Alfreda 23 Hartha. Alfreda Hartha znałem wcześniej jedynie ze wspólnej płyty z Heinerem Goebbelsem „Der Durchdrungene Mensch / Indianer Für Morgen” z 1981 roku. Bill podesłał mi jednak później również wydany przez KSE album „Gift Fig”. I się zaczęło. Pamiętam korespondencję z Billem: „Cześć, słuchaj, oglądałem sobie “Nagi Lunch” i pokusiło mnie żeby zastąpić czymś Colemana, wiesz, znudził mi się po 10 razie. Wyłączyłem więc dźwięk i nastawiłem “Gift Fig”. Świetnie pasowało.”. Otrzymałem po czasie odpowiedź: „Uważamy z żoną że był to świetny pomysł.”. Istotnie „Gift Fig” w podejściu do dźwięku było bardzo burroughsowskie, jazzowe, ale też nowoczesne, nielinearne i traumatyczno-duchowe. Świetnie sprawdziłoby się jako soundtrack do ambitnego niskobudżetowego filmu nakręconego gdzieś we Francji czy w Niemczech. Albo właśnie do biografii niestandardowego, acz konserwatywnego pisarza. A co z „China Collection”? Cóż, jest jeszcze bardziej psychedelicznie. Pierwszy utwór i śmiało cięte próbki wokalne stwarzają aurę medytacji nad naszym pociętym właśnie światem. Tafla wody lub powierzchnia lustra, po którym da się pisać głosem odrealnione pamiętniki free jazzu. Troszkę ambientu, Briana Eno, bardzo nowoczesnego myślenia, ale podanego z zachowaniem pamięci i szacunku do jazzowej tradycji. Mimo mocno psychedelicznej aury i burroughsowskiego sosu, jest to w myśleniu album jazzowy. „Invocation Orhk” nagrany w 2014 z wykorzystaniem nie swoich źródeł dźwiękowych (wszystko ładnie wyszczególnione w dołączonej ulotce) brzmi jak rok 2014, ale płynie jak klasyczne jazzowe wolne formy. Bardzo podoba mi się takie klasycyzujące serwowanie przyszłości jazzu. Słuchając tego, zastanawiam się, po co niektórzy „jazzmani” bawią się jeszcze w standardy i koktajlowe plumkanie. Dla kasy? Jazz idzie do przodu w tempie szybszym niż światło! Oto dowód. Jeśli na jednej płycie, ba, w obrębie jednego utworu słychać bowiem jednocześnie Milesa Davisa, Chrome i Kluster, i to nie w charakterze nawiązania, a wynikające z doświadczenia, świadomości i wiedzy muzycznej autora płyty, wypada tylko bić pokłony. Całkiem poważnie. „Simulator 3 (for string quartet)” łączy rok 1967 z 2012. Dosłownie. Spotykają się tu dwa czasy i miejsca, dwóch Alfredów Harth. Smyczki słychać bardzo pięknie, ale też nowoczesną elektronikę, która się z nimi przeplata. Bardzo przyjemnie pije się do tego zieloną herbatę. Dzbankami. Mam osobiście skojarzenia z Lukasem Fossem, a przynajmniej z myśleniem jakie ten kompozytor prezentował chociażby na „Geod”. Tutaj jednak minimalistyczne, nie tak przytłaczające i lekkie jak chmury w Pekinie. Są też oczywiście burroughsowskie głosy, ale to dla mnie tylko smaczek. Że cudowny – inna sprawa. „Live in Shanghai II” to zderzenie świata free jazzu i astro jazzu z industrialem. Gdyby Master Musicians of Jajouka byli Europejczykami. Hm. Bardzo, bardzo dobrze wchodzi mi to nagranie o poranku, przeczyszczając mózg z dnia poprzedniego z surrealistycznych snów o szczęśliwej planecie. Witajcie w świecie wolności. Tak ten świat brzmi na rok 2014. Podobne myślenie da się bowiem zauważyć u wszystkich awangardowych muzyków epoki. “Spirit of the Age!”. Z dotychczasowych propozycji albumu, tej kompozycji najbliżej do klasycznie rozumianego brzmieniowo (free) jazzu. „Shark Without Fin” podąża w ślady utworu poprzedniego i wszystkie te pozostałe tytuły „z płetwą” („Stop Finning”, „Fin Noir”) stanowią w zasadzie jedną konceptualną całość, jeśli nie w zamierzeniu artysty, to w odczuciu słuchacza. Chociaż w „Stop Finning” ja na przykład wyraźnie słyszę hip-hop, a w „Fin Noir” uderza mnie wyraźne nawiązanie do utworu otwierającego. Wariacja na pierwszy temat z innego czasu i przestrzeni. Mamy tu bowiem do czynienia ze sztuką, a nie z szukaniem poklasku, sławy czy pieniędzy. „Brakuje takich płyt” – powiedziałbym kiedyś, ale jeśli Wy powiecie tak dzisiaj, to znaczy, że chyba odcięto Wam internet albo przeglądarka nie działa. Szukajcie, a usłyszycie. Bardzo mocno polecam! P.S. „Peking Opera Remix III” – to dla tej kompozycji moim zdaniem przede wszystkim warto odwiedzić http://kendrasteinereditions.wordpress.com i zamówić album “China Collection” Alfreda 23 Hartha.

Monday, May 18, 2015

Space Gypsy

„Space Gypsy” zaczyna się jak koncerty Hawkwind z legendarnych czasów Kosmicznego Rytuału. I to wcale nie zmyłka. Gdyby w roku 1973 zespół zdecydował się na nagranie studyjnego albumu, miast genialnej koncertówki „Space Ritual”, to właśnie tak by to brzmiało. To samo myślenie, ta sama duchowość, ten sam rock’n’rollowy kosmos.

Otwieracz powinien przypaść do gustu wszystkim fanom Hawkwind. Widać, że Nik Turner był w tamtym składzie równie ważny jak Dave Brock, Robert Calvert, Lemmy czy Simon King. Ale to wizja Nika i Dave’a okazała się najsilniejsza i najbardziej spójna. Nik udowadnia tą płytą pozycję space-rockowego władcy wszechświata. Choć pewne problemy się pojawiają, o czym za chwilę. „Fallen Angel” kojarzy mi się najbardziej z „Ejection”, taką bardziej kosmiczną wersją tego utworu Calverta. Jest to jeden z moich ulubionych fragmentów „Space Gypsy”, i to wcale nie dlatego, że był pierwszym singlem promującym album. „Joker’s Song” wywołuje swoim tytułem uśmiech na mojej twarzy, a przed oczyma pojawia się słynne zdjęcie Nika Turnera przebranego za żabę. Świetny saksofon (ale to ostatni raz, kiedy tak o nim napiszę w tej recenzji). Charakterystyczne dla Hawkwind połączenie punkowego chaosu, energi rockabilly i wirutozerii free jazzu to bowiem znak rozpoznawczy Nika Turnera i jego galaktyczny paszport do wieczności. Fantastyczne hawkwindowe riffy. „Time Crypt” ma ciekawy pomysł, ale mnie specjalnie nie przekonuje. Według mnie bulgocze sobie po prostu i o ile w wykonaniu pierwszej lepszej kapeli space rockowej byłoby to arcydzieło, o tyle Nika stać na więcej. Ale utwór nie psuje wrażenia i przyjemnie w sumie przenosi nas do następnej kompozycji. „Galaxy Rise” mogłoby śmiało zastąpić każdą z hawkwindowych ballad z pięciu klasycznych płyt. Bardzo lubię ten utwór, jest odjechany, kosmiczny i ma hippisowski, ale nie retro, vibe. To ta sama dusza, ale też wyraźnie słychać, który mamy rok. Bardzo mi się to podoba, proszę posłuchać gitar akustycznych i fletu. Klasa. Ponad 8-minutowy „Coming of the Maya” kojarzy mi się z dokonaniami Brainticket i innych gigantów tej najbardziej psychedelicznej odmiany „krautrocka”. Proponuję po prostu posłuchać samemu. A jeśli chodzi o moje skojarzenia, to widzę budzący się do życia Tikal – a przysięgam, że nic dzisiaj jeszcze nie brałem. To taki odjazd w kierunku Xitintoday z 1978 roku, a raczej kontynuacja tamtych pomysłów na miarę epoki. Kolejny mój ulubiony fragment albumu. „We Ride the Timewinds” jest zawieszone między Hawkwind a Inner City Unit, i to jest ten punkt gdzie gitary zaczynają już nużyć. Brakuje tu Dave’a Brocka. On bowiem potrafił urozmaicić niby ten sam riff tak, że trans owszem był, ale nie powodowało to zniewania. Przy dwóch do tej pory genialnych fragmentach i unikalnej wizji Nika, ziewam do gitarzysty, bo nie mogę inaczej, i proponuję go zmienić. „Eternity” to w zasadzie „Galaxy Rise” 2. Bardzo sympatycznie, a ja zawsze bardzo lubiłem Hawkwind za takie granie, np. „Children of the Sun” z płyty „In Search of Space”. Cieszę się, że Nik nie zapomniał o takich klimatach. „Anti-Matter” niestety przekonuje mnie tak samo jak Time Crypt. Prawda jest taka, że trzeba być Dave’em Brockiem, żeby na dwóch akordach postawić wszechświat. Gdyby panowie podali sobie ręce i zaczęli działać razem wedle wizji Nika, mielibyśmy Hawkwind A.D. 1973 na scenie w 2013 roku. Pytanie jednak, czy o to tak naprawdę chodzi, zważywszy na to, że Hawkwind pod wodzą Brocka gra bardzo nowocześnie. 7-minutowy „Visitor” to mój kolejny faworyt na płycie. Skojarzenia bieżą w stronę Amon Duul II z czasu „Tanz der Lemminge”. Albo do Hawkwind z czasu debiutu. Bardzo sympatyczny finisz w sumie dobrej płyty. Mamy jeszcze bonus „Something’s Not Right”, który też jest bardzo hawkwindowski – pojawia się po raz kolejny duch Roberta Calverta i kosmicznego rytuału. Space Gypsy to naprawdę dobry album, ale na kolana nie rzuca. A to z 2 powodów. Po pierwsze, to nie rok 1973, a ja fanem revivali nie jestem. Po drugie, na gitarze nie gra Dave Brock – jedyny człowiek we wszechświecie, który nie nudzi grając zaledwie dwoma akordami. Dla fanów Hawkwind circa 1973 i wirtuozerii saksofonowej Nika jest to tak czy inaczej pozycja obowiązkowa. A dla tych fragmentów gdzie wyraźnie słychać rok 2013, jeśli jest się fanem space-rocka, warto sprawdzić.

Saturday, May 9, 2015

Hall of the Menthol Chill

Saturday, May 2, 2015

Electric Sandwich

Kojarzycie kawałek „Redskin” z albumu „Here We Are” Jane? No to podobnym pulsem rozpoczyna się „China” – pierwszy utwór na płycie „Electric Sandwich” zespołu o tej samej nazwie.

Tutaj jednak jest bardziej afrykańsko, korzennie, a nawet jazzowo. Gdzieś wibracja zahacza o jam session Hendrixa z Sun Ra, a wykonawstwo o kapelę Embryo. Wah wah kraut na najwyższym poziomie. Świetnie tocząca się dżunglowa maszyna, kapiąca wilgocią, kobieca…. Rozpędziłem się nieco. Lepiej już skieruję swoje myśli w stronę exotica. Mamy tu bowiem takie podmetalizowane granie exotic i wbrew tytułowi do Chin wcale się nie wybieramy, chyba że chodzi o perkusyjny talerz. Hendrix budzi się koło 4 minuty i to jest cudowne apogeum kompozycji. Luźna, cudowna hippisowska pompa. „Devil’s Dream” bluesuje bardzo przyzwoicie, podobają mi się smaczki gitarowe. Główną rolę gra tutaj klasycznie jazzowy saksofon, który bardzo dobrze smakuje na tle bluesowej fazy reszty zespołu. Jochen Carthaus stosuje się do zasady Milesa Davisa (tak tak, trąbka), że lepszy jeden dźwięk właściwy, niż tysiąc postawionych nie tam, gdzie trzeba. Bardzo podoba mi się to – dosłowne – zestawienie bluesa z jazzem. Zadziałało dokładnie jak w wyjątkowo smacznej kanapce. „Nervous Creek” to natomiast mocny, hard-rockowy numer oscylujący stylistycznie między Hendrixem, Cream i Mountain. Cudowne grzanie dla fanów mocniejszych fragmentów “Axis Bold As Love”, “Disreali Gears” czy “Nantucket Sleighride”. Z czasem tempo jednak zwalnia i robi się balladowo-psychedelicznie, Axisowo wciąż, ale zdecydowanie bardziel lekko. Jednak wrzask Jochen Carthausa budzi nas ponownie do czadowego życia. A jego saksofon znów wspaniale pogrywa. Utwór kończy się tak jak zaczął, na szóstym biegu hardrocka lat 70. Strona B zaczyna się od „It’s No Use to Run” – znów w stylu Jane, ale tego hardrockowego, nie psychedelicznego. Nie dziwię się, że oba zespoły pochodziły ze stajni Brain. I trochę szkoda, że Electric Sandwich na jednej płycie zakończył swoją działalność. Moim smaczkiem jest tutaj harmonijka ustna i wah wah. No i mocny, solidny wokal. „I Want You” to nie Dylanowski hicior, a kojarząca mi się nieco z “Lonesome Crow” – debiutem Scorpionsów – i nieco z Grobschnitt ballada. Brzmi jednak bardzo potężnie, wokal podoba mi się tutaj wyjątkowo – jest bardzo „blisko” zrealizowany, a wokalista, przynajmniej kiedy słucha się na słuchawkach, stoi z Tobą, drogi słuchaczu, twarzą w twarz. Dzięki saksofonowi i rozmaitym zakrętom rytmicznym odbieram przez chwilę wrażenie, że w tej ostrzejszej cześci utworu słucham jam session Van der Graaf Generator z Cream. Organy też pierwsza klasa. Jest to czysto niemieckie granie, rozpoznawalne na milę – nie wiedząc kto gra śmiało palnąłbym: „To muszą być Niemcy!”, i wygrałbym zakład. „Archie’s Blues” to „po prostu” blues, ale fajnie zagrany, dobrze pomyślany, nieźle brzmiący. Chciałbym słyszeć więcej takiego bluesa dziś, nie jego knajpianej odmiany, która pasuje co najwyżej do rozcieńczonego piwa. Tu akurat brakuje mi harmonijki, ale przynajmniej jest bardziej hendrixowsko – chociaż bez charakterystycznej dla Mistrza pirotechniki. Album kończy kompozycja „Material Darkness”. Chyba moja ulubiona. Kawałek jest przykładem klamry i jednocześnie podsumowania albumu. W zestawieniu z „China” i resztą płyty, tu mamy wszystko, co najlepszego pojawiło się do tej pory. Panowie gdzieś na końcu swojej kanapki ukryli najsmaczniejsze kąski. Jest to też druga po „China” najbardziej psychedeliczna odsłona albumu. Rockowy jazz, znów troszkę w stylu Embryo, gra pop tamtych lat, a wokalista unosi się na chmurce barowych chusteczek i wykałaczek, którą wypuszcza samotny czarnoskóry klient baru Brain uśmiechający się spod kapelusza. Pytany: „Jimi?”, odpowiada: „Nie, bracie, ja tylko przejazdem!”. Bon appetit!

Monday, April 27, 2015

Ballermann

Niemiecka grupa Grobschnitt znana jest nie tylko z progresywnego, space-rockowo melodycznego grania, ale też ze specyficznego poczucia humoru. Podwójny album Ballermann jest chyba najciekawszym z wczesnych dokonań zespołu.

„Hello my dear friends! Here I am again with my music!” Tak wita nas Eroc, perkusista grupy, przedstawiając później przyjaciół, którzy zaśpiewają razem z nim pieśń o Ali Babie przywiezioną z Afryki: „Sahara”. „Do you like it?” „Yes, you do!” Pomimo sporego dystansu i poczucia humoru melodia, na której oparta jest ta kompozycja jest naprawdę dobra, a aranżacja smakowita, space-rockowa, mieszcząca się między późnym Eloy a Hawkwind z epoki Calverta. Podoba mi się tutaj gitara, podoba mi się wszystko – nawet pastiszowy wokal. Śpiewa rzecz jasna Eroc – dziwacznie zresztą. Ale dziwaczne jest też poczucie humoru Grobschnitt – w jednej piosence Ali Baba, jego kości, bitwa na śnieżynki, darmowe koncerty – jednym słowem pełne szaleństwo – nie bierzemy jeńców. Jeśli ktoś nie kupi „Sahary”, wątpię żeby kupił Grobschnitt w całości – będzie jedynie lubił te bardziej „ludzkie” fragmenty ich repertuaru, ale zapewne nie cały ogromny pakiet odjazdowych imprez. I straci sporo dobrej zabawy.  „Nickel-Odeon” jest następny. To zdecydowanie bardziej „poważne” granie, z Hammondami, połamane, z dobrymi riffami, solówkami gitary – próbowałem sobie przypomnieć jakąś kaszankę, która wyszła spod palców Lupo, ale to na pewno nie miało miejsca na tej płycie – tutaj gitarzysta przyrządza raczej zupę meksykańską. Jest ostro, jest smakowicie, a do tego podane z klasą w dobrej restauracji „Pod Dziką Świnią”. Wokal Wildschweina to taki zmutowany soul, bardzo emocjonalny, ciekawie przetworzony, a to, co pod tym wokalem pichci Lupo… ech, ale o tym już pisałem. Mocny, progresywny kocioł życia, gdzie czarny humor spotyka wesołą rzeczywistość. I co najważniejsze, nie nudzi przez całych 9 minut. A teraz zrobi się bardzo spokojnie – wręcz ładnie. Na zakończenie strony A mamy bowiem balladę „Drummer’s Dream” z naprawdę przyjemnym tekstem, zwiewną melodią, która zabiera nas do parku, nad morze, gdziekolwiek, dokąd prowadzą wspomnienia naszego dzieciństwa, i gdzie znajdujemy spokój. Podoba mi się też rozwój tej kompozycji, zmiana tempa, rytmu, także wah-wah… Zaraz zaraz… Nektar – „Sounds Like This…”! Wiedziałem, skąd te pomysły. Z tym że nie jest to kalka, to identyczna pozytywna wibracja, przekaz i psychedeliczna zwiewność. Świetne zakończenie strony A i człowiek już nie może się doczekać odwrócenia płyty na drugą stronę. A tam czeka już na nas „Morning Song”, kontynuacja „Drummer’s Dream”. Znów bardzo nektarowe riffy, brzmienie, koncepcja. Musieli panowie z Grobschnitt bardzo lubić album „Sounds Like This…”, albo po prostu lata 73-74 miały taką wibrację. Znów dostajemy czad na koniec – podoba mi się bardzo ta solówka Lupo. Potem zespół zabiera nas do cyrku – albo to kupujesz, albo nie… Ja to kupuję i już wsiadam do „Magic Train” – tym magicznym pociągiem przejedziemy się najpierw do małego niemieckiego miasteczka z lat dzieciństwa członków grupy – przy akompaniamencie klawiszy. Następnie Wildschwein nada sygnał do wyjazdu stamtąd swoim wokalem na tle melotronu i stopy Dochodzi hi-hat, dalsze warstwy syntezatorów, a w 4 minucie 20 sekundzie odjeżdżamy niesieni jakimś klasycyzującym motywem, i już na pokładzie magicznego pociągu wysłuchujemy dalszej opowieści. Po 7. minucie robi się ciekawie i nieco jazzowo za sprawą gitary Lupo. Potem mamy odpowiednio ciepłe chórki, i dalsze popisy gitarzysty. Jest już bardziej żywiołowo, a melodia znana nam z poprzednich zwrotek rozpędza się, nabiera kolorytu i rockowego pazura. Miodzio. Ale prawdziwie miodnie – a do tego słonecznie – robi się na drugiej płycie. Muzycy częstują nas bowiem studyjną wersją „Solar Music” – podzieloną na 2 części 33 minutową space-rockową jazdą bez trzymanki. 1! 2! 3! 4!  Co można napisać o tym arcydziele space-rocka? Znamy je również z wykonania koncertowego, zawartego na kultowej w pewnych kręgach płycie „Solar Music Live” (1978), a także z „Sonnentanz Live” (1985) oraz z wielu innych kompilacji czy boxów, o których się nie wypowiem, bo nie posiadam w kolekcji – aż takim maniakiem Grobschnitt nie jestem. Wydaje mi się jednak, że nagranie tej, nazwijmy ją, suity z „Ballermann” to pierwsze, które usłyszały Niemcy, a potem świat. Do you hear solar music? Strona A, czyli część pierwsza „Solar Music”, zaczyna się progrockowo/hardrockowo i bez siatki bezpieczeństwa, a całości doprawia dziwny, ale w sumie odpowiednio nawiedzony i pełen pasji wokal Wildschweina. Specyfika tego wokalu może na początku odstraszyć, ale wydaje mi się, że jest on jednym z czynników wyróżniających czy wręcz definiujących kunszt Grobschnitt, podobnie jak gitara Lupo czy syntezatory i organy Mista. Od minuty 4 zostajemy jednak wystrzeleni na orbitę i zostajemy zapytani „Czy słyszysz słoneczną muzykę?”. Wiele razy. Słyszymy oczywiście ptaki (to chyba jakiś standard – swoją drogą muszę kiedyś zrobić listę krautrockowych kompozycji z ptakami w tle), a potem robi się floydowsko. Mocno floydowsko. Proszę posłuchać od 7 minuty. Od 9. wiemy jednak, że to Grobschnitt – charakterystyczna gitara Lupo rozwiewa wątpliwości. I tak sobie to wszystko krąży wokół Słońca, wchodząc w Eloyowsko-Hawkwindowe klimaty, w zakończeniu natomiast Eroc rozpędza się na perkusji i… koniec strony A! Część druga „Solar Music” wydaje mi się bardziej progresywna niż space-rockowa, także za sprawą klawiszy Mista, które są głównym daniem gdzieś tak do szóstej minuty, gdzie słyszymy szalony śmiech, a Mist przerzuca się na zabawki elektroniczne z epoki, zdaje się że z pomocą Eroca. Przypomina się wcześniejszy o rok „Sonic Attack” Hawkwind. Zwłaszcza z tym maniackim wokalem Wildschweina, który znów pyta (tym razem śpiewająco) o to „czy słyszysz… słoneczną… słoneczną…”. Zdawałoby się, że kompozycja tutaj się rozkręci, ale byliśmy cały czas wodzeni za nos. Za sprawą Lupo i organów część druga osiąga stratosferę dopiero przed 10 minutą. Myślę, że tę solówkę ma wrytą w pamięć każdy fan krautrocka. Definicja progresywnego odłamu tego „stylu”. Lupo jest tutaj nie do zatrzymania – tak powinien brzmieć psychedeliczny Gibson Les Paul. Solówka milknie szalonym wah-wah, a my żegnamy się ze słoneczną muzyką spokojnym graniem, które mi na myśl przywodzi wyczyny późniejszej nieco niemieckiej grupy (czy projektu) Blonker – debiut również na Brain – i to bynajmniej nie jest zarzut. Po takiej porcji szaleństwa jest bowiem czas zaparzyć sobie herbatę i przypomnieć o istnieniu planety, kraju, miasta, dzielnicy, domu i pokoju, a przede wszystkim gramofonu, którego talerz właśnie przestał się obracać. Dla mnie „Ballermann” to klasyka niemieckiego rocka z epoki, i byłoby mi wstyd nie polecić Wam tej jedynej w swoim rodzaju podwójnej płyty. Usłyszcie słoneczną muzykę i – miłego słuchania!

Wednesday, April 22, 2015

Wywiad z Janem Strachem (2015)

Cześć Jan, opowiedz nam proszę o Epce „Jan Strach piszczy w narożniku”, czego może spodziewać się po wydawnictwie słuchacz?

Wpierw miałem obawy czy chciałbym aby to właśnie ten albumik był pierwszym, który doczeka się recenzji w języku rodzimym. Po ponownym jego przesłuchaniu stwierdzam jednak, że to dobra „baza wypadowa” do reszty mojej dyskografii jak również przegląd moich upodobań jako kompozytora. Mamy tu nieregularne rytmy i struktury oraz nawarstwione chmury gitar i syntezatorów, ale i też melodie proste i czyste z nutką Casio-nostalgii. Teksty zarówno przemyślane jak wymyślane na bieżąco, punkowa energia oraz partie perkusji na sprzętach ogrodowych. Wszystkiego po trochu.

Wiem, że Epka to zaledwie jedno z ponad 50 wydawnictw sygnowanych przez Ciebie, rozmaite inne projekty i netlabel Underpolen. Powiedz nam więcej o netlabelu, i o tym, co Cię napędza i motywuje do tworzenia?

Tworzenie to moja pasja, choroba, hobby, ulubiony sposób spędzania każdej chwili wolnego czasu. Zapadłem na to we wczesnym dzieciństwie, pisząc komiksy, nieukończoną powieść młodzieżową oraz nagrywając techno które polegało na tym, że puszczałem bit z organów i dawałem młodszemu bratu znaki kiedy ma krzyczeć wokale do wiadra. Mimo że montuję i kombinuję w mediach rozmaitych to muzyka jest miłością pierwszą. Dopiero w roku 2003, już mając przesypującą się szafę nagranych kaset, odkryłem że możliwe jest podłączenie magnetofonu kabelkiem do komputera i zapis w formie mp3. Tu zaczyna się historia Underpolen – niezbędne bowiem stało się ponazywanie tych dzieł i uszeregowanie w różne projekty. Od samego początku wiedziałem też, że chcę na zawsze zachować ducha tych początkowych lat – szum kasety, falstarty, wybuchy śmiechu, buczenie wzmacniacza, odgłosy palców na instrumentach i oddychający żywi ludzie zamiast komputerowo wymiętoszonych głosów nagrywanych po 40 razy w dźwiękoszczelnych puszkach. Choć z kaseciaka w końcu przerzuciłem się na rejestrator, to przypadek oraz improwizacja nadal są mą główną inspiracją w procesie nagrywawczym. Underpolen był wpierw terminem-parasolem który gromadził wszystko co opublikowałem. Potem stał się netlabelem i każdy album dostał numer, kategorię i okładkę.

Obecnie Underpolen dorósł, dojrzał i trochę się uspokoił. Reprezentuje wszystkie moje albumy – na tę chwilę jest ich 53, i 10 projektów muzycznych pod którymi tworzę (3 zespoły i 7 solowych, każdy w nieco innej stylistyce). Swego czasu wydałem też epkę zespołu Lugol’s Iodine oraz kilka albumów Proyect? Moone Jazzers – „tajemniczego muzyka z Europy Zachodniej”.

Czym dla Ciebie jest etos DIY i estetyka Lo-Fi, kórą bardzo oryginalnie i bezkompromisowo prezentujesz w swoich produkcjach?

DIY jest to absolutna wolność twórcza i absolutna kontrola artystyczna, ale i wyłączna odpowiedzialność autora za całokształt. W dobie rzeczy ujednoliconych i dążenia za sztampą i pewnymi standardami, również w dziełach dźwiękowych, DIY oferuje to, za czym ludzie się stęsknili – dzieła własnoręczne, osobiste, może i czasem toporne ale przez to urocze i jedyne w swoim rodzaju. Każdy taki album to nie po prostu kolejny zestaw piosenek obliczony przez grono specjalistów dla konkretnej grupy docelowej. Tutaj jest jak widokówka wysłana od nieznajomego do całego świata, kartka z pamiętnika upstrzona odciskami palców – rzecz, którą ten ktoś po prostu musiał wydrzeć z siebie, a często pozostaje niesłuchana przez nikogo. Duch artystyczny w najczystszej postaci i przemożna potrzeba dzielenia się swoją wizją ze światem.

Lo-Fi bierze wszystko to, czego twórcy amatorzy do tej pory się wstydzili – szum taśmy, samochód za oknem, bzyczący mikrofon, trzeszczenie w głośniku – i czyni z tego rys charakteru i efektowny środek stylistyczny. Tysiące „sypialnianych” kompozytorów pozbywają się kompleksów i poczucia, że jeśli coś nie jest krystaliczne, to nie jest dobre – i z dumą publikują i wpisują się w nurt lo-fi, a ludzie to kupują, bo też stęsknieni są poczucia autentyczności, obcowania z prawdziwą istotą ludzką, gdzieś w prawdziwym pokoju w prawdziwym świecie, gdzie rzeczy rzężą, skrzypią, oddychają. I bardzo dobrze.

Bardzo podoba mi się naturalność i bezpretensjonalność Twojej muzyki, a jednocześnie wrażenie przemyślenia i dokładnego zaplanowania każdego nagrania. Czy stoisz gdzieś pośrodku, czy bliżej Ci do jednego z wymienionych przeze mnie biegunów?

W rzeczach nagrywanych z zespołami stawiam na improwizację i rozjechaną melodykę. W składzie zespołu Projekt Luty przykładowo zawsze jest co najmniej jedna osoba bez przygotowania muzycznego (zazwyczaj jest to mój przyjaciel Staszek, którego serdecznie pozdrawiam) – co zapewnia stałą obecność przypadku, przedziwnej synchronizacji i nieoczekiwanych przygód w „studiu”. W projektach solowych jednak muszę powiedzieć, że myślę, myślę, zmieniam, kombinuję. Rzeczy bywają nagrane gorączkowo i pod wpływem chwili, co nie znaczy, że nie przeciągam ich potem w inne miejsca w komputerze, bo przychodzi mi do głowy jakiś ciekawszy obrazek.

Czym zajmujesz się oprócz muzyki, zdaje się, że nie tylko ona wchodzi w skład Twojej sztuki?

Lubię tworzyć rzeczy wizualne – moje okładki są odzwierciedleniem głównych inspiracji w sferze graficznej – grafika PETSCII (rodem z komputera C64), piksele, kolaż, fotografie niskiej jakości, fragmenty starych okładek książek czy planów miast.

Robię gry komputerowe w programie Klik n Play z 1993 roku. Piszę teksty różne, kilka angielskich można znaleźć wpisując „Out Of Strach” w wybranej wyszukiwarce. Obecnie, na przekór mojej bardzo fragmentarycznej osobowości, wziąłem się za dwa wielkie projekty – tworzenie wielkiej gry komputerowej i pisanie wielkiej powieści. Idzie dobrze, ale powoli.

Ostatnio też zabrałem się za montowanie teledysków do muzyki z Underpolen. Kilka można już znaleźć na Youtubie. Myślę że najnowszy teledysk do piosenki „Dzban” Projektu Luty dobrze przedstawia naszą stylistykę i filozofię. Komu spodoba się „Dzban”, ten, jak mniemam, przekona się do całej reszty Underpolen.

Jaki instrument jest Twoim preferowanym? Na jakich instrumentach grasz?

Mimo że z pewnością duszę mam rockmena to moje ukochane kilkunastoletnie Casio jest na pierwszym miejscu. Ale tylko odrobinę przed gitarą. Radzę sobie na tych instrumentach przyzwoicie. Co jakiś czas łapię za flet, lub małe zabawki typu stylofon. No i sporadycznie wspomagają mnie sprzęty AGD, sample, i szereg pedałów efektowych.

Jakie są początki Twojej twórczości, czy, a jeśli tak, to gdzie można je usłyszeć?

Kto chce usłyszeć najstarsze moje dzieła, tego zapraszam do płyty „Jan Strach Otwiera Szafkę”. Jest to właśnie takie archiwum, gdzie zebrałem najciekawsze dokonania z moich młodzieńczych, kasetowych lat. Na okładce jest moja szafka z kasetami. Piosenki tam zebrane nagrane były w wieku pomiędzy 16 a 20 lat.

Jak żyje się artyście DIY/Lo-Fi w Poznaniu, w Polsce? Jakie okazje i możliwości dla takich artystów oferuje to miasto i ten kraj? A dokładnie jego media, kluby i sale koncertowe?

Żyje się dobrze, aczkolwiek samotnie. Kilkakrotnie próbowałem wyszukać informacje na temat jakichkolwiek forów, blogów, stron zrzeszających domowych nagrywaczy. W języku polskim nic nie znalazłem.

Czy są inni lokalni artyści działający w zgodzie z tym etosem, których możesz nam polecić?

Z Poznania na pewno Grupa KOT – niepokojący rap na tle zapętlonych kaset magnetofonowych.

Polecam też zespół Krzyż Kross z Częstochowy, energiczny rock grany na komputerach Commodore – ale widzę, że dawno nic nowego nie publikowali.

Przede wszystkim zaś polecam Rzonkila z Krakowa i jego wydawnictwo Weakie Discs! Świetny człowiek, całą duszą oddany estetyce DIY – własnym sumptem nagrywający kolejne albumy, własnoręcznie tworzący masę limitowanych edycji kaset dla siebie i innych artystów. Bez ustanku promuje, publikuje, anonsuje – a sztuka jego, szczera i z pazurem – to ucieleśnienie filozofii która Ciebie, A.J., i mnie pasjonuje.

Które z wydawnictw Underpolen są Twoimi personalnymi faworytami? Podaj proszę 5 ulubionych pozycji.

Jan Strach – „O.O.S.” oraz Jan Strach – „Fale” – komu podoba się ep, tutaj znajdzie to samo, ale więcej, lepiej, dłużej.

poj.wlkp – „Północ Półsen Półdzień” – wybieram płytę najnowszą, bo najnowsza zawsze jest ulubiona, ale dumny jestem ze wszystkich. Poj.wlkp to projekt dla którego rezerwuję najlepsze teksty, najpiękniejsze melodie, najgłębsze przemyślenia i całą masę mrocznej melancholii.

A.Z.P. – „Dżon” – Ta płyta to ADHD pomysłów, bitów, klimatów, nonsensu, chwytliwych melodii. Do tej pory lubię jej słuchać od deski do deski. Foniczny eklektyczny strumień świadomości.

Projekt Luty – „Rejestrator” – Mój zespół - po raz pierwszy nagrywany na rejestrator a nie na kaseciaka, dzięki czemu można było podrasować każdą ścieżkę i wzbogacić naszą muzę warstwami perkusji, basu, syntezatorów.

Czego możemy spodziewać się po Tobie i netlabelu w przyszłości?

Bliskie plany: Album SOT45 stworzony w całości przy użyciu nagrań ekspresu do kawy. Album Deftechnixks na którym każda ścieżka została zaplanowana przy użyciu generatora liczb losowych. Koncept album o facecie, który przykuł się kajdankami do drzewa. Nowy album Jana Stracha prawdopodobnie jeszcze w tym roku. Dalsze plany: Piosenki o wakacjach z wokalami mojej żony, zestaw preludiów pianinowych opartych na wykresach temperatur. Bardzo chciałbym też nagrać album blackmetalowy.

I ostatnie pytanie, czego słuchasz prywatnie, i co lubisz czytać?

Najukochańszym zespołem jest Cardiacs, a idolem - lider formacji czyli Tim Smith. Ucieleśnienie wszystkiego co pasjonuje mnie w muzyce. Niestety seria wylewów sprawiła, że nigdy biedak nie podniesie już gitary. Ale muzyka jaką zdążył skomponować to świat sam w sobie.

Poza tym, pan Zappa rzecz jasna jest bogiem wagi ciężkiej. Niesamowicie inspirujący pod względem całokształtu jest Steven Stapleton ze swoją formacją Nurse With Wound. Wszystko czego się tknie Ron Jarzombek. Wszystko gdzie palce macza Rob Crow. Nie sposób nie wymienić ojców chrzestnych Lo-Fi czyli Guided By Voices. Poza tym, już bardziej wybiórczo: Califone, Inquisition, Sonic Youth, mnóstwo mnóstwo innych.

Co do książek, odkąd dziateczki moje kochane przyszły na świat, przynosząc dużo radości i zabierając ¾ wolnego czasu, mam wielkie zaległości w lekturach. Lubię Umberto Eco, Stanisława Lema, a gdy trzeba się pośmiać i rozerwać, niezastąpiony jest Pratchett. Co roku czytam opowiadanie „Enigma” Johna Fowles’a - działa na mnie jak żadne inne dzieło pisane.

Dziękuję serdecznie za rozmowę!

I ja dziękuję i pozdrawiam wszystkich czytelników. Może jest wśród nich również paru przyszłych słuchaczy!

Tuesday, April 21, 2015

Kink Academy of Arts

Monday, April 20, 2015

Together

Jane dla nocnych marków – jeszcze z Berndem, i w piekle (nie pomiędzy nim, a niebem). Rzecz dla fanów psychedelicznego hard-rocka z lat 70-tych, gdzie Black Sabbath bawi się we Floydów.

Przygodę z grupą Jane zacząłem od drugiej płyty tego zespołu, „Here We Are”, za którą moja mama swego czasu zapłaciła 20 marek. Mam do dziś ten winyl i kiedy mam moment na Jane zawsze ląduje na talerzu wymiennie z „trójką” „Fire Water Earth & Air” i innymi płytami, które mam na tym nośniku. Innymi, poza, niestety „Together”, który dziś opisuję. „Together” kupiłem sobie w berlińskim Dussmannie na kompakcie. I wtedy po raz pierwszy usłyszałem Bernda Pulsta. To bardzo charakterystyczny wokalista, którego ekspresji i barwy nie sposób pomylić z nikim innym. Szukając informacji na jego temat, oraz wyjaśnienia faktu, dlaczego nie śpiewa już na kolejnych albumach grupy, natknąłem się na historię czy plotkę o szpitalu psychiatrycznym i samobójstwie. Pulst faktycznie nagle zniknął.Takie plotki niekiedy bywają prawdziwe. Nawet jeśli ta akurat nie jest, to pewne jest Bernd Pulst już później nigdy nie zaśpiewał i nie zaśpiewa ponownie. Ta płyta to więc jego swoiste epitafium. Jego wokal w otwierającym płytę „Daytime” to prawdziwa perła emocji. Inna sprawa, że to Charly Maucher właśnie swoim basem zaczyna tą perłę szlifować, a gdy stopniowo dołącza Werner Nadolny na Hammondach, potem Klaus Hess na gitarze i wreszcie nieżyjący już Peter Panka przywala w bębny z pełną tak charakterystyczną, nieco „toporną” siłą, słyszymy cała potęgę grupy – Jane w pełnej okazałości. I tak oto od momentu wejścia wokalu Bernda jestem w niebie. Wiem, że nie tylko dla mnie „dzień nie jest właściwą porą” – „Daytime is not my time”. Następny w kolejce jest mocny, czadowy „Wind”, stojący w sporym kontraście do melancholii i kontemplacji „Daytime”. Ale tylko do czasu, bowiem galopada riffów milknie, tempo zwalnia i odzywa się Bernd – chodząca melancholia. Hammondy brzmią tu wzorcowo, a nasz wokalista śpiewa jakby wiatr hulał po stepie, i w jego ustach taka prosta, banalna niby opowieść nabiera niespotykanych, nieco surrealistycznych, mrocznych czy dwuznacznych kolorów. Takich wokalistów dziś brakuje. Następne jest „Try to Find” – uśmiechają się do nas gitarowo-hammondowe twarze, i płyniemy sobie swobodnie aż do solówki Klausa Hessa. Chciałoby się ją wyróżnić w tym miejscu, ale byłoby to mocno niesprawiedliwe, bowiem Klaus wycina popisowe numery niemal w każdym numerze, kiedy tylko koledzy mu na to pozwalają. Gitarowo to jedna z najlepszych dla mnie niemieckich płyt roku 1972, czy też w ogóle epoki. Emocje głosu Bernda równoważy właśnie ta gitara, i tutaj, kiedy przez chwilę jednocześnie wybrzmiewa płacz obu tych instrumentów, te emocje dosłownie grają. Najdłuższe na płycie „Spain”, to małe arcydzieło, koronkowo utkany bluesowo, proto-metalowo, psychedeliczny majstersztyk, w którym jest wszystko to, co w albumie „Together” najlepsze, serwowane bez chwili na oddech. Pink Floyd spotyka Black Sabbath, a to małe jam session przerywa Vincent Crane z ekipą. Proszę posłuchać uważnie samemu, a może uda się Wam zwiedzić nawiedzone hiszpańskie brzegi, gdzie tylko Jane ma odwagę grać swoje pieśni, na przekór przemijającemu światu. Tytułowy „Together” brzmi troszkę jak kontynuacja „Try to Find”, może właśnie to, czego tak szukali Panowie to „być razem” w muzyce i grać tak cudownie jak tutaj, bardzo melancholijnie, ze smakiem i gustem. Cudnie wyważona melodia i akompaniament płyną sobie zupełnie jak ten tytułowy wiatr z jednego z poprzednich utworów, wiatr wiejący przez puste gotyckie katedry, przez nieprzebyte baśniowe lasy, mokradła, kamienne schody, cmentarze i place zabaw. Przez wszystkie te miejsca naraz. Ale najprawdziwsza perła dopiero przed nami – „Hangman”. Gitarowo, wokalnie, całościowo – kompletne arcydzieło niemieckiego rocka, którego wstyd nie znać, niezależnie od tego czy słucha się krautrocka, czy nie. Ta płyta to po prostu klasyka europejskiego rocka. Na równi z Black Sabbath, Deep Purple, Atomic Rooster czy Beggars Opera. „Kiedy budzę się rano, jest to koniec dnia”. A przy okazji piękny, cudowny hymn wszystkich tych, którzy nie czują się dobrze za dnia, których skrywa mrok, szelest przepastnych skrzydeł nocnych ptaków, zimno wiejskiego kościoła czy nagrobek jakiegoś narodowego wieszcza. Albo byle kogo. Bo kat powiesi wszystkich.

Wednesday, April 15, 2015

Code III

Kiedy myślę o kosmosie i szantach automatycznie przychodzi mi na myśl płyta zespołu Khan „Space Shanty”. Ale przyznam szczerze, że jej zawartość, przynajmniej w moim odczuciu, średnio oddaje tytuł albumu. Bo i folku tam mało, żeglowania między gwiazdami, i kosmosu też. Jest za to solidne progowe grzanie z lekko space’owym posmakiem.

Ale jest także inna płyta, z zupełnie innego mojego ulubionego muzycznie kraju – Code III “Planet of Man”. I ją postaram się Wam przybliżyć tym tekstem. Album zaczyna się od syrenich pieśni międzygwiezdnych kusicielek (a „po naszemu” od elektroniki kojarzącej się z ilustracją muzyczną wierszy ze „Space Ritual” Hawkwind) i przestrzeń ich syntezatorowych wokaliz może wydać się nieprzyjazna i zimna, jak pewnie kosmos jego pionierskim zdobywcom. Później męski i damski głos przedstawia nam narrację wprowadzającą w treść albumu – jej centralnym punktem zdają się być słowa „black empty space” i „billions of years after the birth of the universe”. Tu się właśnie teraz znajdujemy. Mam nadzieję, że kapsuła jest wygodna – proszę podziwiać gwiazdy. Po chwili odbierania najrozmaitszych sygnałów od obcych cywilizacji, wpadamy w gigantyczną kosmiczną burzę, która porywa nas już na kuszące brzegi nowej planety. O, właśnie zaczyna szumieć morze… Fragment ilustrujący nasze lądowanie kojarzy się ze ścieżkami dźwiękowymi filmów sci-fi z epoki czy nawet tych wcześniejszych, takich jak np. „Zakazana Planeta”, choć oczywiście tutaj pejzaż jest znacznie szerszy, paleta brzmieniowa bogatsza, bo i technologia lepsza niż w drugiej połowie lat 50-tych. Może nawet robi się troszkę “mandarynkowo” – z okresu recenzowanej przeze mnie wcześniej Alpha Centauri. Do szumiącego morza dołączają już wydmowe ptaki, plażowe ptaki, ciekawskie ptaki witające naszych astronautów. Elektronika milknie, a na plaży… trwa w najlepsze tubylcze folkowe jam session. To jest najcudowniejsza dla mnie część tego albumu – naiwne hippisowskie, pastoralne granie kojarzące się mi z folkowym arcydziełem Amon Duul – albumem „Paradieswarts Duul”. Proste akordy stanowią tło historii śpiewanej po angielsku z akompaniamentem fletu, fal i śpiewu ptaków. Czyli… to ludzie jak my i mają swoje pieśni. To tytułowa Planeta Człowieka, gdzieś w odległej przestrzeni, miliardy lat po narodzinach wszechświata – wylądowaliśmy we własnej przeszłości. Uwielbiam takie historie.
„Życie to nasiono zrodzone ze słońca”
„Świt Ery” – „Dawn of an Era” jest następny. I to już jakby zupełnie inna planeta – grubo ciosana, prymitywna, mroczna, duszna i brutalnie plemienna. Gdyby trzymać się linearnej konwencji naszej opowieści, to ten kawałek powinien otwierać „Planet of Man” – dźwięki narodzin człowieka i jego początki jako jaskiniowego wyjca zaopatrzonego w bęben. Płyta „Orgasm” Cromagnon przychodzi mi tu na myśl jako referencja przestrzeni dźwiękowej, ale też np. „Eskimo” The Residents jako „fałszywka” muzykologiczno-etnograficzna życia Eskimosów. W odpowiednim stanie umysłu byłbym w stanie uwierzyć że „Dawn of an Era” to cudem zarejestrowane w epoce kamiennej popisy dalekiego przodka Klausa Schulze. „Phoenix Rising” natomiast to już totalny trip, tak w duchu „Headmovie” Maschine Nr. 9, z tym że nie teatralno-poetycki, a raczej czysto muzyczny. To nie słuchowisko, ale momentami nagranie to wyrzuca nas poza System Słoneczny – więc proszę zachować ostrożność, jeśli ktoś chciałby wzorem hipisów motywować się przy takich „klimatach”. Może być bowiem problem ze znalezieniem trajektorii powrotnej. Naprawdę ciężka, najprawdziwsza psychedelia która powinna zawierać ostrzeżenie „Nie dla pluszowych misiów”. A bardziej poważnie – kawał sonicznego kuriozum z epoki, ale na tyle fascynującego, że wciąż chyba wartego uwagi. Jak cała płyta zresztą. Polecam!

Tuesday, April 7, 2015

Wywiad z Chrisem Wade (2015)

Chris Wade – Niebywale ruchliwy koleś

O przebiegu procesu twórczego, o aktywności umysłu po śmierci, o najnowszym znakomitym albumie Dodson And Fogg, o scenie neo-folkowej oraz o rozliczaniu się ze współpracownikami w żelkach rozmawiamy z Chrisem Wade – człowiekiem pochłoniętym pasją tworzenia, kompozytorem, muzykiem, pisarzem, scenarzystą i dziennikarzem w jednej osobie.

A.J. Kaufmann: Witaj Chris, naprawdę cieszę się, że rozmawiam z Tobą w imieniu Psychosondy! Jak się masz?
Chris Wade: Bardzo dobrze, dziękuję że pytasz.

Czy mógłbyś przedstawić się naszym czytelnikom? Kim jesteś, skąd się wywodzisz, i jak długo już piszesz, tworzysz muzykę i sztukę?Jestem Chris Wade, niektórzy nazywają mnie Mistycznym Zakapturzonym Podróżnikiem… Hehe. Zacząłem pisać i grać na instrumentach w bardzo młodym wieku, kiedy miałem około 6-7 lat. Przypuszczam, że zacząłem traktować to poważnie w 2009 roku, kiedy zacząłem wydawać książki, a następnie w 2010 roku, kiedy pracowałem z Rikiem Mayallem nad audiobookiem mojej powieści „Cutey and the Sofaguard”. Ale jak daleko wstecz sięgam pamięcią, zawsze lubiłem tworzyć różne rzeczy. Mam jeszcze moją pierwszą książkę, „Freddie the Frog”, którą napisałem w 1992 roku, kiedy mialem 7 lat. To obrazuje już portret mojego wypaczonego umysłu, który wypaczał się tylko bardziej i bardziej przez te wszystkie lata.

Jakie były twoje pierwsze inspiracje? Kto lub co skłoniło Cię do sięgnięcia po gitarę i rozpoczęcia nagrywania?
Mój ojciec słuchał wiele muzyki. Gdy byliśmy dziećmi, byliśmy wychowani na Beatlesach i wszelkiego rodzaju starych składankach różnych labeli z lat 70-tych nieznanych ale świetnych zespołów. Ojciec słuchał wszystkiego po trochu, więc ja też zawsze kochałem muzykę w ogóle. Ja i mój brat zaczęliśmy się uczyć grać na gitarze tylko z ciekawości, po prostu staraliśmy się grać nuty i wydawać z instrumentu dźwięki, które nie brzmiałyby jak kot okręcany wokół własnego ogona. Zapaliłem się do Black Sabbath. Kiedy miałem 8 lat i zacząłem uczyć się ich akordów, mój brat odkrywał pierwsze takty Metalliki. Kiedy byłem dzieciakiem, wręcz czciłem grę na gitarze Tony’ego Iommi.

Co jeśli chodzi o Twoją ewolucję jako artysty i człowieka? Co wpływa na to, że się zmieniasz? Szczerze mówiąc to naprawdę nie wiem. Myślę że nie zmieniam się bardziej niż zmienia się każda inna osoba. Jedna rzecz, która zmieniła mnie jako osobę, jeśli naprawdę się zatrzymam i pomyślę nad tym, to moja córka. Lily zmieniła całe moje życie. Uwielbiam ją całkowicie i bezgranicznie. A muzycznie wygląda to tak, że nagrywając album mam w głowie temat, motyw i wszystkie pomysły pasujące do siebie – potem poszczególni muzycy dodają od siebie kolejne fragmenty i tak krystalizuje się finalny materiał.  Moim głównym celem jest pisanie dobrych piosenek. Jestem przede wszystkim autorem piosenek i może używam różnych dźwięków i nastrojów, które niektórzy ludzie przypinają do gatunków takich jak acid-folk, psychodelia czy prog-folk, ale w moim odczuciu po prostu piszę piosenkę, a następnie wybieram instrumentację, która przez nią przebrnie. Moja codzienna motywacja zaczyna się z samego rana. Wtedy wstaję, piszę miksuję, pracuję nad jednym z moich projektów. Kocham wstawać i z samego rana zaczynać pracę nad czymś kreatywnym. Rzadko zdarza mi się po prostu usiąść i nic nie robić, to jest dla mnie trudne do wykonania. Jestem niebywale ruchliwym dupkiem.

Które albumy Dodson and Fogg możesz szczególnie polecić naszym czytelnikom? Który z nich jest dla Ciebie wyjątkowy i dlaczego?
Cóż, zawsze wolę ten ostatni, który właśnie skończyłem. Chciałbym więc powiedzieć czytelnikom Psychosondy, aby zaczęli słuchanie Dodson and Fogg od „In A Strange Slumber”. Chociaż nie wiem. Może jednak chciałbym, żeby zaczęli od początku i ruszyli dalej właśnie stamtąd. Ludzie często kupują na raz wszystkich 6 albumów Dodson and Fogg i proszę ich wtedy, aby rozpoczęli słuchanie od pierwszego – być może usłyszą wtedy, jak z biegiem lat przebiegał rozwój zespołu i jak ewoluowaliśmy wraz z wydaniami kolejnych albumów.

Właśnie niedawno słuchałem Twojej najnowszej płyty, „In A Strange Slumber”. Gratuluję kolejnego wspaniałego albumu. Słuchając go po raz pierwszy, trudno ie odnieść wrażenia, że jest to poniekąd brytyjska wariacja na “American Beauty” Grateful Dead, z równie mocnymi piosenkami i ciekawymi tekstami. Przypomniał mi się też Comus, Magna Carta i Tractor. Jak rozpocząłeś zbieranie pomysłów na ten album?Zabawne, bo tych trzech ostatnich zespołów o których wspomniałeś nigdy nie słyszałem. Piosenki po prostu “przyszły do mnie” –  jak zwykle zresztą. Właściwie zacząłem nagrywanie tych kawałków tuż po skończeniu poprzedniego  albumu „After the Fall”. Miałem wtedy gotowych kilka utworów i tak się złożyło, że wtedy kilka bliskich mi osób zmarło. Były to osoby z rodziny oraz ludzie, z którymi pracowałem, ludzie, których podziwiałem. Moje myśli zaczęły jeszcze mocniej w tamtych dniach krążyć wokół śmierci i pasować do mojego tematu przewodniego. Wiem, brzmi to neco pretensjonalnie, ale szczerze mówiąc nie zamierzałem, żeby tak było. Wyjąłem wtedy wszystkie swoje instrumenty i pokolorowałem nimi utwory. Stworzenie tego albumu było dla mnie naprawdę przyjemnym doznaniem. Mimo tematyki, którą jest przesiąknięty.

Wiem, że ten album to nie tylko zbiór piosenek, i że stoi za nim pewien koncept. Czy mógłbyś wprowadzić nas w świat swojej „Dziwnej Drzemki”?To po prostu próba podsumowania dziwnych snów. Wszyscy je mamy – te bałaganiarskie sny, które nie mają większego sensu. W jednej chwili mogą być miłe, a zaraz potem zmieniają się w przerażające. To dlatego fragmenty mówione na płycie trzeszczą – zupełnie jak stary gramofon.

Co, ogólnie mówiąc, zainspirowało Twoje teksty dla tego konkretnego projektu i koncepcji?   Tak naprawdę poszło dość szybko, choć wszystko trwało nieco dłużej niż zwykle, bo miałem przygotowanych więcej utworów i pozbywałem się ich niektórych z nich, kiedy pojawiały się nowsze i lepsze pomysły. Nagrania trwały trzy lub cztery miesiące. Wszystko było zainspirowane tymi smutnymi wydarzeniami, o których wspominałem.

Co było najtrudniejsze w pisaniu lub nagrywaniu albumu? A co najłatwiejsze?Nie wiem – naprawdę.  Wydaje mi się, że minęły już lata odkąd go nagrałem – mimo że było to przecież tylko kilka miesięcy temu. Jako, że nagrywam w domu i codziennie robię drobne kroki, to w moim umyśle cały ten proces zlał się w jeden długi dzień. W niektóre z dni pracowałem po 12 godzin, w inne po prostu napisałem trochę tekstu lub nagrałem gitary pomiędzy pisaniem. Uważam, że tworzenie muzyki przynosi tak wiele radości, że nie odczuwa się ogromu pracy, jaki w danym dniu trzeba włożyć w powstanie danego albumu… aż do momentu, kiedy kończy się dzień i uświadamiasz sobie, że jesteś całkowicie wykończony.

Jak rozumiesz „sny” i „śmierć”, czyli centrum nowej płyty? Myślałem o ludzkich ciałach będących nieruchomymi w czasie snu, kiedy to umysły są całkowicie zajęte i wędrują sobie w każdym dowolnym kierunku, kiedy śnimy. Myślałem o kontrastach między ciałem i umysłem – w jaki sposób są one od siebie różne. Nasze ciało działa i wykonuje swoje wyznaczone zadania w zasadzie tylko na jawie, ale nasz umysł nigdy nie przestaje, nawet gdy śpimy. Myślałem o tym, co stanie się z ludzkim umysłem w stanie śmierci. Na co dzień nie zastanawiam się zbyt wiele nad życiem po życiu lub czymkolwiek, co przyjdzie po śmierci, ale to dało mi do myślenia. Skoro umysł jest tak silny, że działa bez udziału sfery cielesnej, to by może także, gdy umieramy, dzieje się coś więcej. Nie wiem, to wszystko jest otwarte na interpretację. Lubię myśleć w ten sposób, że z danego utworu kultury, każdy może,  wziąć sobie wyłącznbie to, co chce. Ważną sprawą było dla mnie nagranie albumu wyperłnionego utworami na przyzwoitym poziomie. Takich, którcyh będę mógł słuchać wiele razy i będę z nich naprawdę dumny.

„The Young Ones” jest jednym z moich ulubionych programów telewizyjnych. Jak pracowało się z Nigelem Planerem, i w jaki sposób przyczynił się on do powstania „In a Strange Slumber”?
Praca z Nigelem była genialna. Zawsze byłem wielkim fanem Nigela. Kocham jego grę w filmach Comic Strip, i oczywiście, jako Neila w „The Young Ones”, a jako dziecko kochałem go w show, który kręcił z Rikiem Mayallem – „Filthy Rich and Catflap”, gdzie grał podłego kaszlącego agenta wydającego słynne „Jestem umierającym człowiekiem, Richie.” Nigel jest genialnym aktorem. Lubię go także w audiobookach powieści Terry’ego Pratchetta „Świat Dysku”. Kiedy usłyszałem go w kilu audiobookach, jego głos wydał mi się idealny do mojego albumu. Nawiązałem więc kontakt z jego agentem i wysłałem kilka klipów Dodson and Fogg wraz ze skryptami moich opowieści. Następnie spotkaliśmy się w Londynie, aby nagrać mój materiał. Odbyliśmy wcześniej małą pogawędkę i wypiliśmy herbatę, potem on przedstawił mi możliwości odczytu i zrobiliśmy to dosłownie w mgnieniu oka. Kiedy jesteś tak dobry jak on, to wszystko staje się proste. Zabawne, wszystko odbyło się w studiu w Shepherds Bush, w którym  prawie pięć lat temu nagrałem „Cutey and the Sofaguard” z Rikiem. Nigel miał bardzo znaczący wkład w ostateczny kształt mojego albumu. Mamy nadzieję, że wkrótce coś jeszcze razem stworzymy.

Gra Ricky’ego Romain na sitarze w „The Dance” i „Never Be Alone” jest piękna i wiem, że to nie pierwszy raz, kiedy pracowaliście razem. Jakie to uczucie znów pracować z nim i jacy inni goście pojawiają się na Twoim najnowszym albumie?Uwielbiam pracę Ricky’ego, naprawdę jestem szczęściarzem, że spotkałem go na swojej drodze. Ricky jest także fantastycznym malarzem, a jego gra na sitarze to poziom międzynarodowy. Tak więc jestem zachwycony, że goszczę go ponownie na swojej płycie. Ricky był z nami od „The Call”, czwartego albumu Dodson and Fogg nagranego w 2013 roku. Pozostali goście to oczywiście wspaniała Celia Humphris z folkowego zespołu Trees. Jest jedną z moich ulubionych wokalistek wszech czasów. Myślę, że mówię to w każdym wywiadzie, ale tak jest naprawdę – jej głos jest po prostu piękny. Alison O Donnell z Mellow Candle pojawia się na chwilkę przy końcu albumu. Kevin Scott, to kanadyjski gość, który wspólnie ze mną stworzył ostatnią piosenkę – napisał do niej melodię na fortepianie. Kevin zaaranżował także partie smyczkowe dwóch innych kawałków z płyty. Kto jeszcze? O tak, stary dobry Colin Jones, który grał na trąbce na pięciu z moich wszystkich albumów. Uwielbiam mieć u swojego boku różne osoby, które są w stanie dodać dodatkowe znaczenie i charakter moim utworom. Kolejny album, nad którym pracuję powstanie z udziałem mojego brata Andy’ego, Ricky będzie obecny w dwóch kawałkach, Celia oczywiście także się pojawi, będzie także obecna flecistka Georgia Cooke. Uwielbiam różnorodność dźwięków, które komplementują moje piosenki.

Czy jesteś sam odpowiedzialny za okładkę płyty, czy jest to praca kogoś innego? Ta zupełnie genialna okładka jest dziełem mojej narzeczonej. Linzi jest odpowiedzialna już za kilka moich okładek. Genialna artystka. Mam ją z oczywiście w opcji z rabatem – płacę jej dwa żelki za każdy centymetr kwadratowy powierzchni, który obejmuje jej praca, hehe. Okładka do tej płyty to kolaż składający się obrazów z każdego utworu. Dałem Linzi tytuły utworów oraz konkretne słowa i tematy, a ona umieściła je wszystkie na okładce. Kocham ją.

Dlaczego uważasz, że powinniśmy uważnie wysłuchać „In a Strange Slumber” i muzyki, którą robisz? Co Twoja muzyka może nam zaoferować? Co może w nas zmienić? Co móże zrobić dla nas?Nie wiem. Myślę, że odpowiadając na to pytanie brzmiałbym jak arogancki dupek. Nie sądzę, że ktoś naprawdę „powinien” słuchać mojej muzyki, ale oczywiście podoba mi się, kiedy ludzie to robią. Uwielbiam ten dreszczyk, kiedy wiem, że ktoś kupuje mój album i czeka aż go odtworzy po raz pierwszy. To niesamowite uczucie, o którym marzyłem od szczenięcych lat. Wiem, że osoby, które lubią moją muzykę wydają się być naprawdę w nią wkręcone. Jakiś tydzień temu dostałem e-mail od fana, który napisał, że moja muzyka sprawiła, że jego życie stało się piękniejsze i ciekawsze. I to był dla mnie największy komplement jaki kiedykolwiek mógłbym usłyszeć.

Co z Twoimi tekstami? Uważasz, że o czym warto pisać i śpiewać w dzisiejszych czasach? Piszę głównie o moich własnych uczuciach i myślach. To może być coś, co się ze mną dzieje, coś co sprawia, że się martwię lub jestem szczęśliwy. Dla mnie to jedyny sposób, w jaki mogę napisać właściwe utwory. Nie mogę od zera wymyślić postaci lub historii do moich piosenek. Brzmiałyby bowiem fałszywie. Więc piszę z własnego punktu widzenia. W ten sposób utwory stają się niemal moimi pamiętnikami. A kiedy ich słucham, to jakbym patrzył wstecz i na nowo przeżywał to, gdzie byłem i co robiłem w tamtym czasie. To prawda, że napisałem również kilka politycznie zaangażowanych kawałków, ale to było po prostu o czymś, co było dla mnie w dany momencie denerwujące. Moim zdaniem pisanie powinno pochodzić z wewnątrz ciebie, w przeciwnym razie staje się trochę wydumane i głupie. Ale to tylko moja opinia. Niektórzy ludzie mogą przecież myśleć, że moja muzyka to czyste bzdury – i to też jest OK.

W świecie głośnej natrętnej muzyki, bitów, beatmakerów i didżejów, folkujesz sobie w pięknym eterycznym stylu. Czy są jacyś inni artyści robiący to samo, których mógłbyś nam polecić? Hmmm… Pozwól, że się zastanowię. Facet nazywa się Sand Snowman, pracuję z nim razem nad płytą, on jest fantastyczny. Jego rzeczy podobają mi się już od dobrych kilku lat. Jego muzyka jest bardzo czysta, w ten sposób, o którym wspomniałeś. Mój brat Andy nagrał właśnie nowy album z naprawdę rewelacyjną muzyką; do tego ma świetny głos i pisze dobre melodie. Kiedy włączam muzykę są to zwykle rzeczy, które już znam i uwielbiam od bardzo dawna, które słyszałem, kiedy byłem dzieckiem, i które na dobre utknęły w mojej głowie. Zdaję sobie sprawę, że muszę więcej słuchać współczesnych artystów! A słucham głównie Boba Dylana, The Beatles, Incredible String Band, Neila Younga… i innych tego typu rzeczy.

Czy możesz nam powiedzieć więcej o swojej pracy w charakterze pisarza? Z czego jesteś najbardziej dumny? Mam na koncie całkiem sporo projektów książkowych. Popełniłem kiedyś książkę o aktorze Malcolmie McDowell, inną na temat filmów o zombie, a także całą serię wywiadów (np. z  Tomem Savini, gościem od efektów specjalnych). Jednak książka, z jakiej jestem najbardziej dumny to audiobook, który nagrałem wspólnie z Rickym. Teraz, kiedy umarł, patrzę na to z jeszcze większą sympatią i pamiętam, jaką naprawdę był legendą. Po trzech latach robienia muzyki wrazam teraz powoli także do pisania. Prowadzę rzecz o nazwie Hound Dawg Magazine. Zaczęło się od bezpłatnych plików PDF o muzyce, filmie i sztuce. Teraz zrobiłem z tego blog, na którym publikuję stare wywiady, które zrobiłem z różnymi ciekawymi ludźmi kilka lat temu, a także zupełnie świeżo napisane teksty.

Czy wierzysz, że „humor jest częścią muzyki”? Myślę, że śmiech jest naprawdę ważny. Naprawdę lubię się śmiać. Ja i Linzi śmiejemy się cały czas, często tak, że aż boli mnie twarz. Także w muzyce humor jest bardzo ważną składową – zobacz jak wspaniale Frank Zappa wkomponował go w swoją twórczość. Ale humor nie zawsze pasuje. Gdybym ja spróbował dodać jego szczyptę w jakimś swoim utworze, to na pewno wyszłoby z tego gówno. Gdybym spróbował użyć tego komediowego stylu z mojej powieści przy pisaniu piosenek, to nikt nie chciałby tego słuchać. Mówię Ci.

Jakie są inne „słodkie i dziwne niespodzianki” które dla nas przygotowałeś? Czego możemy się spodziewać w przyszłości w świecie Dodson and Fogg?
Cóż, prawie skończyłem już nagrywać nowy album Dodson, a ten aktualnie wydany jest wciąż jeszcze tym, o którym myślę jak o najlepszym. Pracuję też nad albumem z Sand Snowman. Plus mam napisać piosenkę na pewien album charytatywny, czym jestem zaszczycony, i to jest w tej chwili nr jeden na mojej liście rzeczy do zrobienia. Czekam też na zielone światło oc wydawcy w sprawie audiobooka, który niedawno napisałem, piszę też dwa scenariusze do filmów, które, mam nadzieję, uda się w przyszłości stworzyć. Pracuję też nad pełnometrażowym filmem o Dodson and Fogg, który ma być kompilacją wszystkich dotychczasowych filmów promocyjnych połączonych z nowymi fragmentami. Aby dopełnić obrazu calości. muszę jeszcze wspomnieć o tym, że piszę powieść grozy. Ale oczywiście głównym celem zawsze będzie dla mnie muzyka.

Chris, bardzo dziękuję Ci za rozmowę!

Rozmawiał: A.J. Kaufmann

Sunday, March 22, 2015

Bright Galore

Thursday, March 12, 2015

Eloy

Eloy to jedna z tych grup, które chciałoby się odkrywać dla siebie na nowo wciąż i wciąż i wciąż… Pamiętam swój pierwszy raz, z płytą „Ocean” z 1977 roku. Na świecie wybuchał sobie punk, ale hippisi z Eloy się tym nie przejmowali i śpiewali o Słupach Heraklesa, Inkarnacji Logos i zagładzie Atlantydy. Dla 13-latka zaczytującego się w literaturze sci-fi i fantasy, ta grupa była jak spełnienie marzeń. Uzupełniałem więc dyskografię, ale teraz mam problem – bo znam już Eloy. Ale może Państwo nie, a jeśli nawet tak, to może Wy macie receptę na ponowne poczucie się jak świeżak w obliczu dorobku Franka Bornemanna i kolegów. Może zacznijmy więc razem, od początku… od płyty „Eloy” z 1971 roku.
See the machine and follow me And let us touch this history Stop in a time of changing season See a land of nobody
Co stało się „Dziś”? Nic szczególnego, plastikowi ludzie wstali do pracy, zjedli plastikowe śniadania, założyli plastikowe garnitury i z plastikowymi uśmiechami na jednakowych twarzach popędzili do plastikowych biur. Taki obraz społeczeństwa maluje pierwszy na płycie utwór „Today”. Ale Erich Schriever (tak, tak, legendarny Frank zabrał się za mikrofon dopiero na płycie „Inside”) tylko śmieje się z ich „małego świata”. Bo to jedyna metoda na to szaleństwo, możecie mi wierzyć. A sam utwór zaczyna się od manipulacji dźwiękowych (kiedy studio było kolejnym instrumentem…), częstując nas potem wybornymi riffami mogącymi kojarzyć się z Black Sabbath. Z tym że tutaj zamiast mroku robotniczego miasta mamy raczej post-apokaliptyczny krajobraz dżungli, która skonsumowała futurystyczne miasta, jaki szkicuje choćby „Wehikuł Czasu” z 1960 roku, gdzie zresztą Elojowie się pojawiają – a z powieści Wellsa służącej za bazę tego filmu pochodzi przecież też nazwa grupy… Kolejna piosenka, „Something Yellow”, jest protest songiem przeciwko… smogowi. Zaczyna się łagodnym bassem i bardzo sympatycznym, melodyjnym pianinem. Potem dostajemy połamane riffy i rytmy, które przy odrobinie wyobraźni mogły przecież zainspirować twórczość np. Megadeth. Taki thrash koncepcyjny przed thrashem, i to sporo, sporo wcześniej. Riffy kładzione pod wokal, jak stalowe szyny pod futurystyczny pociąg są bardziej „klasyczne”, ale po chwili ciszy wchodzimy znów w taki troszkę proto-metalowy galop – pamiętam, że jednemu z moich znajomych niektóre linie bassu Eloy kojarzyły się z Iron Maiden. Coś w tym jest. Solówki jednak zdecydowanie bazują tu na bluesie, nie na popisach szybkościowych. Struktura „Something Yellow” jest bardzo progresywna i ambitna. Dostajemy nawet psychedeliczną część z wah-wah i falującym bassem.
They are called Eloy in this old story But I think they are living in my mind
I ta psychedeliczna część to wrota do krainy, którą jest Ziemia w roku 802701 – spotykamy wreszcie Elojów! Według mnie wyjątkowo przebojowa kompozycja „Eloy” słuchana dziś sama w sobie jest maszyną czasu – przenosi nas bowiem do hipisowskich Niemiec, żywych ideałami, gdzie dzieci rewolucji nie dołączyły jeszcze do partii politycznych, nie zaczęły pracować w bankach i korporacjach, a od najnowszego modelu Mercedesa nie zsiwiały im włosy. W „Eloy” na uwagę zasługuje bardzo fajny segment perkusyjny, i ten bass, który później przejmuje pałeczkę. Znów mamy tę przebojową zwrotkę i sympatycznie hipisowski, nieco naiwnie melodyjny refren. To powinien być hit, zresztą podobnie jak bardzo melodyjny „Today”. „Song of a Paranoid Soldier” to natomiast przeszywający (szczególnie tekstowo) protest song przeciwko wojnie. Riffowo i koncepcyjnie znów mamy przez chwilkę taki thrash lat 70-tych, kto myśli szufladkami może się ze mną nie zgodzić, ale kto posłucha pomysłów Ericha Schrievera (on był w końcu liderem na tej płycie) i kolegów, ten z pewnością zasłyszy ziarna tej, w porównaniu z Eloy, brutalnej muzyki. Eloy brzmi oczywiście zupełnie inaczej, a takie proto-thrashowe wstawki to tylko wstawki, proszę się tym nie sugerować – ten utwór, i płyta, to w 70% klasyczny hard rock z ambicjami i mocnymi tekstami, w 20% krautrock, a w 10% innowatorstwo. Przynajmniej tak ja to słyszę. Naiwność i ból zawarte w „Paranoicznym Żołnierzu” naprawdę wzruszają. Bohater pieśni pragnie tylko „bawić się w piasku, jak za dni swego dzieciństwa”. Tak, wojna okalecza nie tylko ciało, ale przede wszystkim umysł – czasem żyje już tylko okaleczone ciało. Podobne dywagacje są tematem nieco mniej wstrząsającego „One” grupy Metallica. Znowu thrash, coś mi się musiało przyśnić. A może to „Głos Rewolucji” przemówił? „Voice of the Revolution” jest najkrótszym utworem na płycie, może była to przymiarka do singla? Riffy są fajne, rześkie, wokal przebojowy, tekst nośny, szczególnie na tamtych ideałach, ale kurcze, ta propozycja z „Eloy” najmniej mnie przekonuje. W porównaniu z opisywanymi wcześniej kompozycjami, to jest waga lekka. Ta piosenka, bo to jest prosta piosenka – nie jest dość mocna jak na przesłanie, które próbuje nieść światu. Ale to tylko moje zdanie.
We will reach a place for us Some day ’cause I know We’ll get the land of peace Somewhere the child will come Someday, somehow
Na szczęście „Isle of Sun” ratuje sytuację. Mocno psychedeliczna ballada mogąca kojarzyć się z Vanilla Fudge, czy Iron Butterfly, powolna, majestatyczna jak niebo, bardzo fajnie się jej słucha patrząc na lekkie poranne chmury, wyobrażając sobie tytułową wyspę. Co proponuję zrobić, muzyka jest bowiem lepsza niż jakiekolwiek używki, szczególnie dźwięki tak wysokiej próby. Z drugiej strony, dla kogoś mogą być to przecież „straszne smęty”. Wszystko zależy od kąta padania promieni słonecznych na polanę! Na koniec mamy jeszcze „Dillus Roady”, który muzycznie kojarzy się z Uriah Heep, szczególnie z „Gypsy”, czy też z taką hard-rockową, nawet punkową (no nie jest to The Stooges, wiem!) wersją „Lady Fantasy” Camel. A w tekście tego kawałka o roadie grupy Eloy jest bardzo zabawnie:
Dillus Roady come out here Dillus Roady we need some beer He’s like a mother without a breast
To przecież waga wręcz piórkowa, ale tym razem nie narzekam – bo i tekst jest bardzo leciutki, a sam utwór nie aspiruje do rewolucyjnych przemian. Tak więc mamy tu solidny hard-rockowo-krautrockowo-innowatorski album. I tak naprawdę ostatni album Eloy w tym stylu. Przebłyski są jeszcze na „Inside”, ale to już bardziej wycieczka w stronę space-rocka, wypolerowanego bardzo, w przeciwieństwie do „sonic attack” Hawkwind, ale zawodowego i przemyślanego. Potem będą płyty-arcydzieła, ale dla mnie „Eloy” z 1971 roku również jest małym arcydziełem. Tekstowo, wizualnie (proszę spojrzeć na okładkę, która w wersji winylowej jest dość unikalna), koncepcyjnie i muzycznie jest to bowiem album niepowtarzalny. A to dlatego, że przyszła legenda – Manfred Wieczorke – przerzuca się na klawisze. Frank Bornemann – nowy lider grupy i kosmiczny guru – na wokal. A wcześniej, z powodu nieporozumień artystycznych grupę opuszcza Erich Schriever. Nie chce być „profesjonalnym muzykiem” i wybiera się na studia. Asystuje jednak i pisze teksty grupie aż do roku 1974. Kontynuacją tekstową debiutu jest przecież całostronicowa kompozycja „Land of No Body” z płyty „Inside”. I polecam zaraz po debiucie odpalić sobie właśnie tę płytę! Miłego odkrywania tej wyjątkowej, futurystycznej krainy z hippisowskiego snu, i proszę uważać na Morloków!

Thursday, February 19, 2015

Dschinn

Co by było, gdyby The Who circa „Live at Leeds” miast wirtuozerskich Brytyjczyków, przybrało szaty solidnych krautrockowców, zamieszkało w Hessen i nagrywało dla Bacillus Records? Pewnie nazywaliby się Dschinn.

Graliby nieco ciężej, tak w duchu „Heaven and Hell” ze wspomnianej płyty, nie mieli ambicji operowych, stawiając na bluesa, a na ich pierwszej płycie można by usłyszeć Black Sabbath, Grand Funk, Blue Cheer, Uriah Heep, czy pozorne bałaganiarstwo „Flight of the Rat” Deep Purple, minus Hammondy. Panowie z Dschinn jeśli wierzyć pogłoskom, zaczynali karierę nie byle gdzie, bo w hamburskim klubie Star-Club, więc wychodzi na to, że ich korzenie muzyczne sięgają tak samo głęboko, jak grup wymienionych powyżej – w związku z czym trudno uznać ich za naśladowców „wielkich kapel rocka” lub marną podróbkę czegokolwiek. Nawet bez tej wiedzy, na płycie po prostu słychać korzenie rocka, a nie nawiązanie do nich, i to broni się samo w sobie nawet po 43 latach. Wystarczy posłuchać wokalisty (i gitarzysty rytmicznego) grupy, Petera Lorenza – ekspresja Rogera Daltreya, wibrato a’la David Byron, a barwa gdzieś tak zahacza o Wildschweina z Grobschnitt, zmiksowanego z Berndem Noske (tak wiem, za dużo słucham Birth Control). Jego wokal już w pierwszym utworze „Freedom” robi niesamowite wrażenie, i świetnie uzupełnia hard rockowe riffy najwyższej próby, refren natomiast jest taką garage-rockową wariacją nad Uriah, jeśli już porównywać muszę. Bardzo sympatycznie się tego słucha, a jeszcze przyjemniej słucha się takiej muzyki na żywo. Ten ponury sabbathowy riff w następnym na płycie „Fortune”! Pomarzyć! Gitarzysta prowadzący, Bernd Capito, to też 100% zawodowiec, który niby gra sobie przesterowanego fuzz bluesa cały czas, stąd moje skojarzenie z Blue Cheer, ale robi to na tyle charakterystycznie, że nie byłem w stanie znaleźć podobnego gitarzysty. Przyznaję jednak, że rozwiązania melodyczne solówki do „I Wanna Know” skojarzyły mi się z tymi z debiutu grupy Eloy, ale to akurat taka kompozycja, także jeśli chodzi o riffy i pracę sekcji. Sekcja jest bardzo solidna, może nie wirtuozerska na miarę najlepszej moim zdaniem sekcji rockowej Entwistle/Moon, ale bardzo solidna. Athanasios Paltoglou i Uli Mund nie starają się ścigać z Keithem, chociaż są w przewadze, a Silvio Verfurth ma swój moment w „Smile of the Devil”, proszę posłuchać też „I’m in Love”! „Smile of the Devil” zresztą kojarzy mi się ze wspomnianym wcześniej Grobschnitt, z okresu (2 lata późniejszego od płyty Dschinn) albumu „Ballermann”. I wokal i nastrój przywołują mi na myśl „Drummer’s Dream” i „Magic Train”. A kto woli magiczne autobusy, również coś dla siebie znajdzie – proszę posłuchać pracy perkusyjnej w „Let’s Go Together”. Jest tylko jedna rzecz, która mnie nie przekonuje, ale to tłumaczyło by historię ze Star-Club – dżinowa interpretacja „For Your Love” Yardbirds. Jest stylowa, jest zawodowa, ale nie przekonuje mojego ucha i tyle. Maksymalnie rozbraja mnie natomiast „Train”, w którym beatlesowska harmonijka ustna łączy się z ciężkimi riffami. I taki hołd dla dni w Star-Club jak najbardziej mi odpowiada. Jeśli to oczywiście prawda, że tam zaczynali – nawet jeśli słychać, że grać nie nauczyli się w hesseńskim garażu – to świat rock’n’rolla pełen jest niezbadanych legend, mitów i półprawd… ale czasem warto potrzeć zakazaną butelkę i wydobyć z niej jakiegoś zapomnianego Dżina. Dla fanów hard rocka, którzy zjedli zęby na wszystkich wymienionych w tym tekście, a nowe zjawiska mają dla nich za mało ikry.

Saturday, January 31, 2015

Easter Everywhere

Bedouin, your tribe’s ascending, from the egg into the flower …

tak zaczyna się płyta „Easter Everywhere”, „Wszędzie Wielkanoc”… teksańskiej legendy, za której (nie do końca szczęśliwą, ale to temat na osobny artykuł) twarz odpowiadał Roky Erickson – grupy The 13th Floor Elevators. Otwierający się tymi słowami ośmiominutowy monument psychedelii, „Slip Inside This House” ma najbardziej poetycki tekst w historii muzyki nie tylko psychedelicznej, ale i śmiem twierdzić rockowej. Nic dziwnego, skoro jego autorem jest grający w grupie na słynnym electric jug, które stało się znakiem rozpoznawczym Wind na 13 Piętro, Pan Tommy Hall. Jego poetyka opowiada tu w ciągu 8 minut całą historię ludzkości, kondensując wszystkie Święte Księgi w elektryzujący rockowy manifest wolności. Zainteresowanych tekstem „Slip Inside This House”, jego analizą i poezją Tommy’ego Halla zapraszam na http://www.lysergia.com/LamaWorkshop/Elevators/lamaElevQuest.htm, i przechodzę dalej, do utworu „Slide Machine”. Przechodzę, albo raczej przepływam, bo ten utwór to szalony nurt psychedelicznej rzeki, o wejściu do której zostaliśmy uprzedzeni już w „Slip Inside This House”, w wersie o trzy-okich ludziach, którzy puszczają jo-jo gdzie im się podoba. Jo-jo kręci się tu jak szalone, a slajdy teksańskiego życia, może nawet nieco westernowe, migają przed oczami w tempie psychotycznego Leslie. Ale to tylko reverb i fuzz. I electric jug, bez którego nie byłoby połowy ambiance tego albumu. Pan Hall nie tylko pisze teksty tak, jakby Jimi Hendrix był Byronem, ale i żongluje dźwiękiem jak najlepszy iluzjonista. „She Lives (In A Time Of Her Own)” maluje portret, portret kobiety. Kiedy słucham tej piosenki za dnia, jest po prostu o kochance. Piosenka słuchana natomiast w nocy, przy kadzidłach, to już przygoda z Kali na LSD, w ogóle płyta „Easter Everywhere” robi ze słuchaczem coś, co chyba nie udało się jeszcze żadnemu albumowi – klaryfikuje go. Jeśli Twoja dusza jest czysta i piękna, płyta poniesie Cię w górę. Jeśli jest brudna i brzydka, ta płyta nie jest dla Ciebie, bo w najlepszym wypadku ściągnie cię do jednego z lżejszych buddyjskich piekieł. Ale możesz zaryzykować puryfikację, i dołączyć do nurtu czystości. Płyta, która ucieleśnia zen i uduchawia ciało. Nawet jeśli masz „Nobody to Love”. A nawet jeśli, jak ja, masz „Somebody”, to „Nobody” wcale gorsze od hitu Jeffersonów nie jest. I ma świetny riff i fuzzowe sola. Nie śpiewa tu Roky, a Stacy Sutherland. I to jedyne, co wyróżnia utwór. Bo płyta ta jest dla mnie wzorcem amerykańskiego psych, a obiektywnie monolitem, które to słowo padło przy opisywaniu otwieracza. Płyta brzmi spójnie, jednorodnie, jest wykonana, nagrana i wyprodukowana ze 100% pewnością kierunku. Wszyscy byli skupieni, uduchowieni, i wiedzieli co chcą osiągnąć: Esencję, kryształ psychedelicznego brzmienia. Kryształem tym jest choćby „It’s All Over Now, Baby Blue”, oczywiście piosenka Dylana. W sosie „Wielkanocy” Wind brzmi przecudnie, teksańsko, pustynnie, nierealnie, dziko, i ten wokal Roky’ego, który – kiedy byłem młodszy – potrafił wydobyć łzę z mojego oka. Teraz płaczę już tylko duszą, i – przy tym akurat utworze – często. I to wszystko, a to dopiero strona „A” oryginalnego winyla. I mógłbym tak samo rozpływać się nad stroną „B”. Ale wtedy padałoby wciąż „electric jug”, Roky, fuzz, reverb, jo-jo… a może Państwo po prostu przerzucą sami ten winyl, najlepiej w wersji MONO, nawet bootlegowej, na stronę „B”, i po prostu rozpłyną się w tej rzecze psychedelicznego oczyszczenia. Może nawet dla tych z brudną duszą jest nadzieja, że ta płyta ich wybawi. Bo, wierzcie mi, ma taką moc. Sam sprawdziłem w Berlinie, w 2008 roku. Jeśli Naczelny pozwoli, postaram się zrecenzować też zbiór poezji samego Roky’ego, „Openers”, wydany w Teksasie w 1972 roku. Jest tak samo piękny jak „Wielkanoc”, i poezja Tommy’ego Halla. Polecam. Nie przejdźcie obok tego domu. Domu, w którym 13 piętro istnieje, i jedzie na nie opleciona słońcem winda. Tylko trzeba nieco odwagi – czasami trzęsie.