Tuesday, December 16, 2014

Emtidi

Jeśli ktoś chciałby zdefiniować kosmiczny folk, myślę, że z łatwością znalazłby tą definicję w rowkach „Saat”.

Niełatwo będzie mi pisać obiektywnie o płycie „Saat” duetu Emtidi, ponieważ jest to bardzo istotny dla mnie album. Proszę więc traktować tą recenzję jako subiektywną relację autora wracającego z UDFy-38135539 przez ziemską czasoprzestrzeń, rozpiąć krępujące Was pasy i przygotować się na miękkie lądowanie w folkowym wszechświecie hipisowskiej utopii. Jeśli ktoś chciałby zdefiniować kosmiczny folk, myślę, że z łatwością znalazłby tą definicję w rowkach „Saat”. Już grafika Helmuta Friza przedstawiająca galaktyczny kłos gwiazd zapowiada to, co kryje się wewnątrz rozkładanej okładki. Płytę wydała legendarna wytwórnia Pilz, na basie, perkusjonaliach i jako melotronowy asystent udziela się równie legendarny Dieter Dierks, który też miksował materiał, a producentem jest ojciec kosmische musik, mistrz m.in. Cosmic Jokers, samozwańczy guru niemieckiej kultury LSD, Rolf-Ulrich Kaiser. Na płycie jednak przede wszystkim usłyszymy akustyczne gitary, także 12-strunowe, gitarę elektryczną, flet, syntezatory, leslie, wibrafon (uff…) i rozmaite instrumenty perkusyjne Maika Hirschfeldta, a także organy, elektryczne pianino, melotron, szpinet i pianino Dolly Holmes. Oraz, oczywiście, wokale obojga. „Saat” zaczyna się nieco „zmyłkowo”, od delikatnego „Walkin in the Park”, prawie popowego – Dolly Holmes prowadzi piękną melodię na akustycznym tle wypieszczonym jak sieć kosmicznego pająka. Później dołącza do niej Maik Hirschfeldt i oświadczają oboje „there is a sign here, keep off / don’t sit on the grass, it’s too cold for your ass”, co przypomina nam hipisowskie nasiadówki w parkach Lata Miłości (mi też czasy nastoletnie, gdzie takim punktem zbiorczym dla dziwaków była garść trawy i fontanna naprzeciwko budynku poznańskiego Teatru Wielkiego). Potem pojawia się reszta instrumentów, phasing, a solówka gitary bardzo przyjemnie trąci to Kriegerem, to Santaną. Kiedy bas zaczyna swój pochód, doznajemy natychmiastowego satori i „wpływamy” w album. Następny utwór to króciutkie „Träume”, gdzie pomału zaczyna robić się bardziej „kosmische”. Jest to naprawdę cudna pieśń bez ani jednego słowa, która mi zawsze kojarzyła się z pierwszym świtem na nowej planecie, tuż po wylądowaniu. Wschodzą trzy słońca, purpurowe chmury oplatają gigantyczne pasma gór, księżyc owinięty pierścieniami majaczy w oddali, a ku nam dostojnym krokiem zmierza androgyniczna syrena w towarzystwie muskularnego pasikonika. OK, pora odstawić zieloną herbatę, bo słyszę drumlę, a to znak, że jednak jestem na Ziemi. Stąd też moje skojarzenie z exoticą, czy space age pop, a syreni wokal Dolly Holmes mógłbym słyszeć każdego ranka zamiast budzika. Żarty kończą się, kiedy dotykamy Słońca. Wstęp „Touch the Sun” można by spokojnie wziąć za dzieło jakichś anonimowych konkurentów Tangerine Dream, gdzieś na wysokości płyty „Alpha Centauri”. Podobne tekstury, duchowo-kosmiczne (ile razy jeszcze napiszę „kosmiczne”!) wibracje z nowo rodzącego się czy badanego świata, takie „Sunrise in the Third System” tylko bardziej melodyczne, jakby ta akurat galaktyka, system słoneczny czy planeta były ucywilizowane w kontraście do dzikich, przedludzkich, czy przed-obcych wizji TD. A potem wracamy do prowadzonego damsko/męskimi wokalami acid folku najwyższych lotów, z którego wyłania się pianino, i klasycyzujący, bardzo „cesarsko” (Kaiser?) brzmiący fragment, może nagranie z balu u samozwańczego Króla Słońca. I tu kończą mi się słowa, bo w „Touch the Sun” dzieje się tyle, co w niejednym ludzkim życiu od narodzin do śmierci. „Love Time Rain” natomiast brzmi jak uciekinier z „Lord of the Ages” albo „Songs from Wasties Orchard” Magna Carta, oczywiście zakładając, że śpiewa średniowieczna dama wyzwolenia. Szczęście Dolly polega na tym, że urodziła się nieco później, bo za takie wyczyny jak tutaj z pewnością spłonęłaby na stosie. W każdym utopijnym hippisowskim świecie ten utwór byłby hitem. Gdybym prowadził rozgłośnię radiową Kosmos, ten utwór nie schodziłby z anteny, aż nie zainfekowałby się nim cały widzialny Wszechświat, a fani współczesnego ziemskiego popu zapuściliby długie włosy, brody, i kupowaliby dzwony, koszule w kwiaty i „Paradieswarts Duul” jak nawiedzeni. Nie dlatego, że nastałaby na to moda, a dlatego, że tak by się poczuli gdzieś w głębi duszy. Na sam koniec mamy dwa moje ulubione utwory, tytułowy „Saat”, który pozwolę sobie podsumować cytatem z tekstu:
„Time has come, time has come, sowing seeds one by one”
Słuchając tego prywatnie, przypominają mi się czasy, kiedy siedząc pod Teatrem Wielkim odkrywałem Hawkwind, Amon Duul II, Emtidi, Sand… bazgrałem w notatniku psychodeliczne wizje i rysowałem okładki płyt nieistniejących zespołów krautrockowych, zbierając metaforyczne nasiona. Aż w końcu sam zacząłem pisać wiersze, pisać i wykonywać muzykę, pisać o niej. Siejba trwa. Dzięki takim nasionom jak ta płyta, jak ci ludzie, którzy zabrali mnie pewnego lysergicznego wieczoru w podróż za bramy Wszechświata. Tak, Podróż. „Die Reise”. Gdzie przed oczami staje mi historia świata, a recenzję pora kończyć. Obiektywnie: istnieją równie dobre albumy acid folkowe, lepsze z „kosmische musik”, i zdecydowanie lepsze psychodeliczne, ale takiej kombinacji jak tutaj nie znajdziecie nigdzie indziej. Całkiem poważnie, jest to jedna z tych płyt, która sprawia, że jestem wdzięczny, że urodziłem się tu i teraz, bo mogę jej doświadczać. Polecam! Dziś otrzymaliśmy info o śmierci Maika (10.9.1949 – 21.10.2014), dlatego dedykuję mu ten tekst.

No comments:

Post a Comment