Sunday, November 23, 2014

Psychedelic Moods

Jest wysoce prawdopodobne, że „The Psychedelic Moods of The Deep” to pierwsza płyta ze słowem „psychedelic” w tytule i jedna z pierwszych psychedelicznych w ogóle, więc słowo „pionierska” jest tutaj jak najbardziej na miejscu. Płyty Blues Magoos i 13th Floor Elevators ukazały się bowiem drobinkę później.

„Psychedelic Moods” to dzieło Rusty’ego Evansa, Davida Bromberga, Davida Blackhursta i Marka Barkana. Niby „Color Dreams”, a brzmienie jak z nocnego koszmaru. Timpani, dzwony, kolorowa obłąkana wyliczanka otwierają naszą przygodę i od razu słyszymy skąd wziął się Pan Rusty Evans – wokal krzyczy „Greenwich Village” i najbliżej mu do nowojorskiego kolegi Lou Reeda. Podobna ekspresja i „cynizm” w cyzelowaniu każdego słowa. Ale też do Dylana, The Fugs, czy The Godz. Do muzyki tych dwóch ostatnich grup można zresztą The Deep śmiało porównać, jeśli dodamy czynnik „soundtrack horroru z epoki”. A to dopiero zwiastuje przepych wibrafonów, timpani i dzwonków nałożonych na „klasyczny” garage- rockowy skład, podlanych tekstami, o, np. „Różowym Eterze”, gdzie sprytnie wykorzystane efekty dźwiękowe dodają odrealnionego ambience całości i podkreślają daleki, zreverbowany nastrój pustej katedry, nawiedzonej orkiestry. Nieco lżej robi się w „When Rain is Black”, to po prostu piękna garażowa ballada z dzwonkami i fletem (może tylko ja go słyszę?), wykorzystaniem oddechów i szeptów, która maluje wieczorny portret Nowego Jorku w deszczu, z pomocą – a jakże, ksylofonu. To była jednak chwilowa zmyłka, bo nasze źrenice duszy atakuje już „It’s All a Part of Me”, znów garażowo-folk-punkowy rocker z efektami dźwiękowymi, zdaje się manipulowanego ludzkiego głosu, które przypominają mi słynne electric jug Tommy’ego Halla. „Turned On” to natomiast klasyczny psych-garage, z fajnymi organami, który warto usłyszeć, żeby przekonać się, jak się gra i produkuje garażowe psych. Wzorzec, jeden z wielu, ale równie ważny, a troszkę zapomniany przez tych, którzy „turned on” nie są. Wokal jest cudownie zrealizowany i przypomina mi, dlaczego psychedelia to dla mnie „prawdziwa” muzyka, podobnie jak folk/country – posłuchajcie sami. Następny utwór to mój ukochany „Psychedelic Moon”, utopiony w fuzzowej gitarze, dzwonkach, timpani, i jakichś rozpsychedelizowanych wibrafonach czy innych dzwoniących cudach. Najtrudniej śpiewa się celowo mijając tonację, więc szacunek dla Pana Evansa. Tak naprawdę, w tych falach dźwięku to może być wszystko: wibrafony, cymbałki, marimby, ksylofony, rozrzucone po studio jak ciało śmiejącego się na końcu producenta – samego Rusty’ego. Utwór wciąga, i to nie w komfortowy świat psychedelicznych jednorożców, więc proszę zachować ostrożność.
Don’t take this album lightly play it when you’re alone in a dark room you may find yourself oozy you may feel as though you’re high you might imagine shadows on the wall
„Shadows on the Wall” to kolejna garażowa ballada, gdzie wokal Rusty’ego Evansa cudnie harmonizuje anonimowa wokalistka. Psychedeliczne cocktail party o 4 nad ranem, a The Deep nie spieszą się na wczorajszą windę, którą właśnie -na 13 piętro – odjechał Roky. Utwór zdaje się trwać dłużej niż 3:14 – i dla mnie spokojnie mógłby być dwa razy dłuższy kończąc się free-jazzowym saxem… Na końcu jest jednak gitara, bardzo południowo brzmiąca i rozpada się w filozoficzny chaos basu. „Crystal Nite” natomiast to echo-blues dla prawdziwych freak-outowców. Chyba słyszę w nim banjo, a reverb w tym akurat przypadku niestety maskuje niepotrzebnie bardzo ładną, popową melodię. Kukułka z zegara budzi nas jednak w samą porę na „Podróż Nr.76”, gdzie sporo reverbu i fuzzu przypomina nam, że to rok 1967… o, przepraszam, 1966 – jak mówiłem, jest to pionierska płyta, zakręca nawet czasoprzestrzeń. „Wake Up and Find Me” jest czymś pomiędzy garażową balladą a garage-folkiem, znów ze zharmonizowanymi męsko-damskimi wokalami i fletem. Niby nie robi nic, ale podobnie jak „When Rain is Black”, maluje czarne płótna w siatkówkowej przestrzeni nocy. „Your Choice to Choose” to kolejny wzorzec psych-garage i najbardziej kojarzący mi się ze wczesnymi Velvetami czy The Godz fragment płyty. Mimo obecności (wedle moich uszu) banjo, bardzo punkowy, „przewidujący” takie szaleństwa jak „Sister Ray”. Finalny “On Off-Off On.” zawsze traktowałem w kategorii żartu, rozweselacza, który miał wynagrodzić nam 20 kilka minut spędzonych w koszmarze sennym, z którego – prawdę powiedziawszy – nie miałem ochoty się wybudzić, ale może dla kogoś będzie to najsmakowitszy kąsek albumu? Polecam tym, którym Doorsi do otwarcia umysłu nie starczyli – obiecuję, że The Deep Wam go rozniosą. Dziś Rusty Evans prowadzi tribute-band dla Johnny’ego Casha nazywający się Ring of Fire i pozdrawia czytelników Psychosondy.

No comments:

Post a Comment