Monday, November 10, 2014

Gandalf

Cały album określają w zasadzie dwa słowa: „psych noir” – słońce przebrane za księżyc.

Można by zarzucić tej płycie Gandalf małą oryginalność. Tylko dwie autorskie kompozycje gitarzysty? Trzy utwory z repertuaru Tima Hardina? Bonner/Gordon x2, jeszcze „Golden Earrings”? Ale każdy, kto chciałby to zrobić, naraża się na śmieszność. Jedyna (do momentu pojawienia się „2” w 2007 roku) płyta amerykańskiego zespołu Gandalf wydana w 1969 roku ma tylko jedną wadę – pojawiła się dwa lata za późno. Bo brzmienie, jakie prezentuje, to charakterystyczna lysergiczna poetyka snu, która pięknie brzmiałaby dwa lata wcześniej i zapewniłaby zespołowi większą popularność, a nam pewnie możliwość obcowania z kolejnymi, może już w większym procencie autorskimi pozycjami – pomarzyć można. Ale to jedyny zarzut, a niepowtarzalna atmosfera tego narkotycznego snu wynagradza nam nawet fakt, że płyta trwa tak krótko i jest jedyną „prawdziwą” pozostałością po tej grupie. Pierwsze, na co zwróciłem uwagę przesłuchując album „Gandalf”, to głos wokalisty, nieco bajkowa barwa i niemal dosłowne utopienie wokalu w pogłosie… Odnosimy wrażenie, że jakiś nakręcany szaman z krainy zabawek wzywa nas w głąb oceanu, aby podziwiać z dna wschodzące słońce, jak u Jimiego. To „Golden Earrings” – prosta piosenka miłosna przekształcona w psychodeliczny song o podróży do wnętrza duszy, z organami, które mi osobiście stawiają przed oczami obraz lat 20-tych, i jakiejś film-noir alejki owianej liquid light show, gdzie „wczorajszy” amant wita się lub żegna ze swoją hollywoodzką cyganką, wręczając parę tytułowych kolczyków. „Hang on to a Dream, baby…” mówi do niej, nieco ospały, w ciężkim nowojorskim korytarzu, do którego udało mu się ją zaciągnąć. Ale ona odchodzi, a jemu pozostaje sen. żegnał się. Robi się naprawdę nostalgicznie i dosłownie płaczliwie, jednak skocznie podany refren pozostawia nadzieję na kolejny dzień, bo przecież it’s „Never too Far”, a miasto pełne jest kłamstw i pięknej sfuzzowanej gitary, tym klasycznym amerykańskim brzmieniem 1967… Nasz amant szuka już sposobu, jak by tu ponownie stracić i odzyskać swoją kochankę. To widocznie ich ulubiona gra. Na tym etapie jesteśmy już beznadziejnie zgubieni w płycie i fabule, nie wiemy, kiedy i czy w ogóle wzejdzie znów słońce, a klawesyn przypomina nam dzieciństwo w pieśni o „Scarlet Ribbons”. Może wybranka naszego amanta właśnie o nim marzy, albo on o jej wstążkach? Kto wie? „You Upset the Grace of Living” to kolejna wycieczka w świat Tima Hardina. Muszę powiedzieć, że unikalne reinterpretacje Gandalfa oddają sprawiedliwość nie tylko tekstowi, ale też pięknie podkreślają harmonie, a pogłos, do którego zdążyliśmy się już przyzwyczaić, jest jednym wielkim marzeniem, snem, którego musimy się uchwycić, jeśli chcemy przetrwać tą podróż. Perełką płyty jest propozycja gitarzysty grupy, Petera Sando, „Can You Travel in the Dark Alone”. Wczesna progresywna psychodelia najwyższych lotów z niesamowitą sekcją instrumentalną, która transportuje nas w ciemność dekadenckich kurtyn, cocktail parties, panienek i ciężkiego dymu. Trzeba posłuchać samemu, pozycja obowiązkowa. „Tiffany Rings” przenosi nas głębiej w znany nam już korytarz nowojorskiej kamienicy, odkrywając sekrety jej mieszkańców, a Gandalf, sądząc z brzmienia, gra na przepastnym korytarzu lub akompaniuje balowi przebierańców w piwnicy. „Me About You” to najdłuższa propozycja na płycie i jednocześnie potężna dawka balladowego klimatu wąskich brukowanych uliczek, smogu, zgaszonego księżyca i nisko wiszących chmur. Nasz amant tańczy z cyganką, a złote kolczyki pobłyskują w psychodelicznym świetle light show. Jak przypływy i odpływy ich uczuć, piosenka częstuje nas falami dźwięku o różnym natężeniu i grze pogłosem, który, odnoszę wrażenie, jest tu szczególnie, ale i na całej płycie (choćby „Golden Earrings”) dodatkowym instrumentem. „I Watch the Moon”, to drugi najmocniejszy punkt albumu, znów kompozycja Petera Sando. Chciałbym usłyszeć więcej jego utworów i być świadkiem rozwoju Gandalfa przez lata 70-te, ale historia zadecydowała inaczej. Kolejne cudowne, wzorcowe fuzzowe solo. „Nature Boy”, którego zawsze słucham jeszcze raz, na koniec, akcentuje ten klimat noir, szczególnie że to kompozycja znana z wykonania Nat King Cole’a, a tu melodia nabiera hipisowskiej barwy – lubię takie kontrasty. Wbrew radosnemu brzmieniu, prostym tekstom i mało „mrocznemu” klimatowi, to nie jest płyta o radości, to płyta dla znudzonych „wczorajszych” amantów, wczepionych w szklankę whisky i papierosa w zapadniętym barze, o bladym różowo-chromowanym świcie. I o ich odchodzących w jazzową poświatę kobietach.

No comments:

Post a Comment