Thursday, October 9, 2014

Gash

Zaglądamy do świata krautrockowych dźwięków. Do lektury zapraszamy miłośników Cockera, psychodelicznych The Moody Blues i oczywiście całego korowodu awangardowych wymiataczy.

Płyta Gash, „A Young Man’s Gash”, wydana w 1972 roku nakładem legendarnej dziś wytwórni Brain, zaczyna się niczym płyta Jane. Ale w moich uszach „Angel and Mother” zawsze brzmiało jak undergroundowy pastoralny Joe Cocker, co zresztą, zabawne, charakteryzuje też brzmienie Jane z Charly’m Maucherem w roli wokalisty. Słyszałem opinie, że „A Young Man’s Gash” genialną płytą nie jest, więc z przekory, jako fan Jane, zabrałem się pewnego lata za jej słuchanie – w ten sposób często odkrywam nowe dźwięki. „Angel and Mother” zostawia po sobie bardzo dobre wrażenie, partia bassu płynie sobie swobodnie, jednym z tych brzmień, jakie lubię. Pianino z gitarą akustyczną przyjemnie hipisują, a stylowa solówka gitary dopełnia smaku. Takie Moody Blues na kwasie. To idealny utwór na letnią plażę, w jakiejś psychedelicznej wiosce rybackiej, ewentualnie jakiś parkowy festiwal w maszynie czasu wielkości Bremy, rodzinnego miasta muzyków. „Twenty One Days” jest już zdecydowanie mocniejsze, choć to wciąż muzyka przepływających nad głową chmur i dwudziestu jeden dni pod gołym niebem, w drodze, z rozpuszczonymi włosami i w sandałach. Hammondy i bass są znów charakterystycznie Jane’owskie, choć tu do głowy przychodzi mi też wczesne Grand Funk Railroad, może to ta „country road” z tekstu, może riff, może ogólny „pozamiejski” nastrój, jaki Gash tutaj kreuje. Taka utopia i ucieczka w germańskie „zabriskie point”. Strona A albumu rozkręca się stopniowo, i najmocniejsze „In the Sea” to już charakterystyczny dla tamtych lat podlany Hammondami hard rock, który mi instrumentalnie kojarzy się z Frumpy, a zanim ostatecznie utonie w falach uraczy nas też smakowitymi partiami gitary. Bardzo ładna kulminacja. Strona B to już tytułowa suita, „A Young Man’s Gash”. W niej do „Cockera”, elementów hard rocka i muzyki popularnej tamtej epoki, dodano najprawdziwszej psychedelii, nie tylko w warstwie kompozytorskiej, ale i brzmieniowej. Szaleństwo klawiszowe sięga tutaj apogeum, produkcja zdaje się lepsza, panowie raczą nas orkiestracją, a na uwagę zasługuje też brzmiący jak połączenie Petera Panka z Helmuthem Draht perkusista. Część II suity wywołuje skojarzenia z bardziej znanymi, „różowymi” kolegami z UK (medytacyjne hammondy, bicie serca, modulowany głos „one day you wake up in the morning… you look into your mirror… and you see your face there… have you ever seen this face before there? look at your eyes… your eyes are dead”). Część III suity kojarzy mi się, oprócz wokalu, bezapelacyjnie z Eloy z okresu „Inside”, z bluesową harmonijką ustną i najlepszym chyba solem gitary na płycie na deser, choć w części tej każdy instrument „gada” na równych prawach. Obrazu płyty uzupełniają klawesyn, slide guitar i konga. Sam zespół może kojarzyć się też z Lucifer’s Friend, czy Nektar, to ostatnie porównanie pada zresztą w „The Crack in the Cosmic Egg”. A suitę Gash stawiam na równi z utworami „Banished Bridge” Novalis, czy „Fire, Water, Earth & Air” Jane, które za genialne uważam, więc do wysłuchania jej, a także całego, dość zapomnianego albumu Gash zachęcam.

No comments:

Post a Comment