Saturday, December 20, 2014

Psychedelic Love Hymns

Tuesday, December 16, 2014

Emtidi

Jeśli ktoś chciałby zdefiniować kosmiczny folk, myślę, że z łatwością znalazłby tą definicję w rowkach „Saat”.

Niełatwo będzie mi pisać obiektywnie o płycie „Saat” duetu Emtidi, ponieważ jest to bardzo istotny dla mnie album. Proszę więc traktować tą recenzję jako subiektywną relację autora wracającego z UDFy-38135539 przez ziemską czasoprzestrzeń, rozpiąć krępujące Was pasy i przygotować się na miękkie lądowanie w folkowym wszechświecie hipisowskiej utopii. Jeśli ktoś chciałby zdefiniować kosmiczny folk, myślę, że z łatwością znalazłby tą definicję w rowkach „Saat”. Już grafika Helmuta Friza przedstawiająca galaktyczny kłos gwiazd zapowiada to, co kryje się wewnątrz rozkładanej okładki. Płytę wydała legendarna wytwórnia Pilz, na basie, perkusjonaliach i jako melotronowy asystent udziela się równie legendarny Dieter Dierks, który też miksował materiał, a producentem jest ojciec kosmische musik, mistrz m.in. Cosmic Jokers, samozwańczy guru niemieckiej kultury LSD, Rolf-Ulrich Kaiser. Na płycie jednak przede wszystkim usłyszymy akustyczne gitary, także 12-strunowe, gitarę elektryczną, flet, syntezatory, leslie, wibrafon (uff…) i rozmaite instrumenty perkusyjne Maika Hirschfeldta, a także organy, elektryczne pianino, melotron, szpinet i pianino Dolly Holmes. Oraz, oczywiście, wokale obojga. „Saat” zaczyna się nieco „zmyłkowo”, od delikatnego „Walkin in the Park”, prawie popowego – Dolly Holmes prowadzi piękną melodię na akustycznym tle wypieszczonym jak sieć kosmicznego pająka. Później dołącza do niej Maik Hirschfeldt i oświadczają oboje „there is a sign here, keep off / don’t sit on the grass, it’s too cold for your ass”, co przypomina nam hipisowskie nasiadówki w parkach Lata Miłości (mi też czasy nastoletnie, gdzie takim punktem zbiorczym dla dziwaków była garść trawy i fontanna naprzeciwko budynku poznańskiego Teatru Wielkiego). Potem pojawia się reszta instrumentów, phasing, a solówka gitary bardzo przyjemnie trąci to Kriegerem, to Santaną. Kiedy bas zaczyna swój pochód, doznajemy natychmiastowego satori i „wpływamy” w album. Następny utwór to króciutkie „Träume”, gdzie pomału zaczyna robić się bardziej „kosmische”. Jest to naprawdę cudna pieśń bez ani jednego słowa, która mi zawsze kojarzyła się z pierwszym świtem na nowej planecie, tuż po wylądowaniu. Wschodzą trzy słońca, purpurowe chmury oplatają gigantyczne pasma gór, księżyc owinięty pierścieniami majaczy w oddali, a ku nam dostojnym krokiem zmierza androgyniczna syrena w towarzystwie muskularnego pasikonika. OK, pora odstawić zieloną herbatę, bo słyszę drumlę, a to znak, że jednak jestem na Ziemi. Stąd też moje skojarzenie z exoticą, czy space age pop, a syreni wokal Dolly Holmes mógłbym słyszeć każdego ranka zamiast budzika. Żarty kończą się, kiedy dotykamy Słońca. Wstęp „Touch the Sun” można by spokojnie wziąć za dzieło jakichś anonimowych konkurentów Tangerine Dream, gdzieś na wysokości płyty „Alpha Centauri”. Podobne tekstury, duchowo-kosmiczne (ile razy jeszcze napiszę „kosmiczne”!) wibracje z nowo rodzącego się czy badanego świata, takie „Sunrise in the Third System” tylko bardziej melodyczne, jakby ta akurat galaktyka, system słoneczny czy planeta były ucywilizowane w kontraście do dzikich, przedludzkich, czy przed-obcych wizji TD. A potem wracamy do prowadzonego damsko/męskimi wokalami acid folku najwyższych lotów, z którego wyłania się pianino, i klasycyzujący, bardzo „cesarsko” (Kaiser?) brzmiący fragment, może nagranie z balu u samozwańczego Króla Słońca. I tu kończą mi się słowa, bo w „Touch the Sun” dzieje się tyle, co w niejednym ludzkim życiu od narodzin do śmierci. „Love Time Rain” natomiast brzmi jak uciekinier z „Lord of the Ages” albo „Songs from Wasties Orchard” Magna Carta, oczywiście zakładając, że śpiewa średniowieczna dama wyzwolenia. Szczęście Dolly polega na tym, że urodziła się nieco później, bo za takie wyczyny jak tutaj z pewnością spłonęłaby na stosie. W każdym utopijnym hippisowskim świecie ten utwór byłby hitem. Gdybym prowadził rozgłośnię radiową Kosmos, ten utwór nie schodziłby z anteny, aż nie zainfekowałby się nim cały widzialny Wszechświat, a fani współczesnego ziemskiego popu zapuściliby długie włosy, brody, i kupowaliby dzwony, koszule w kwiaty i „Paradieswarts Duul” jak nawiedzeni. Nie dlatego, że nastałaby na to moda, a dlatego, że tak by się poczuli gdzieś w głębi duszy. Na sam koniec mamy dwa moje ulubione utwory, tytułowy „Saat”, który pozwolę sobie podsumować cytatem z tekstu:
„Time has come, time has come, sowing seeds one by one”
Słuchając tego prywatnie, przypominają mi się czasy, kiedy siedząc pod Teatrem Wielkim odkrywałem Hawkwind, Amon Duul II, Emtidi, Sand… bazgrałem w notatniku psychodeliczne wizje i rysowałem okładki płyt nieistniejących zespołów krautrockowych, zbierając metaforyczne nasiona. Aż w końcu sam zacząłem pisać wiersze, pisać i wykonywać muzykę, pisać o niej. Siejba trwa. Dzięki takim nasionom jak ta płyta, jak ci ludzie, którzy zabrali mnie pewnego lysergicznego wieczoru w podróż za bramy Wszechświata. Tak, Podróż. „Die Reise”. Gdzie przed oczami staje mi historia świata, a recenzję pora kończyć. Obiektywnie: istnieją równie dobre albumy acid folkowe, lepsze z „kosmische musik”, i zdecydowanie lepsze psychodeliczne, ale takiej kombinacji jak tutaj nie znajdziecie nigdzie indziej. Całkiem poważnie, jest to jedna z tych płyt, która sprawia, że jestem wdzięczny, że urodziłem się tu i teraz, bo mogę jej doświadczać. Polecam! Dziś otrzymaliśmy info o śmierci Maika (10.9.1949 – 21.10.2014), dlatego dedykuję mu ten tekst.

Sunday, December 7, 2014

Kaufi

Sunday, November 23, 2014

Psychedelic Moods

Jest wysoce prawdopodobne, że „The Psychedelic Moods of The Deep” to pierwsza płyta ze słowem „psychedelic” w tytule i jedna z pierwszych psychedelicznych w ogóle, więc słowo „pionierska” jest tutaj jak najbardziej na miejscu. Płyty Blues Magoos i 13th Floor Elevators ukazały się bowiem drobinkę później.

„Psychedelic Moods” to dzieło Rusty’ego Evansa, Davida Bromberga, Davida Blackhursta i Marka Barkana. Niby „Color Dreams”, a brzmienie jak z nocnego koszmaru. Timpani, dzwony, kolorowa obłąkana wyliczanka otwierają naszą przygodę i od razu słyszymy skąd wziął się Pan Rusty Evans – wokal krzyczy „Greenwich Village” i najbliżej mu do nowojorskiego kolegi Lou Reeda. Podobna ekspresja i „cynizm” w cyzelowaniu każdego słowa. Ale też do Dylana, The Fugs, czy The Godz. Do muzyki tych dwóch ostatnich grup można zresztą The Deep śmiało porównać, jeśli dodamy czynnik „soundtrack horroru z epoki”. A to dopiero zwiastuje przepych wibrafonów, timpani i dzwonków nałożonych na „klasyczny” garage- rockowy skład, podlanych tekstami, o, np. „Różowym Eterze”, gdzie sprytnie wykorzystane efekty dźwiękowe dodają odrealnionego ambience całości i podkreślają daleki, zreverbowany nastrój pustej katedry, nawiedzonej orkiestry. Nieco lżej robi się w „When Rain is Black”, to po prostu piękna garażowa ballada z dzwonkami i fletem (może tylko ja go słyszę?), wykorzystaniem oddechów i szeptów, która maluje wieczorny portret Nowego Jorku w deszczu, z pomocą – a jakże, ksylofonu. To była jednak chwilowa zmyłka, bo nasze źrenice duszy atakuje już „It’s All a Part of Me”, znów garażowo-folk-punkowy rocker z efektami dźwiękowymi, zdaje się manipulowanego ludzkiego głosu, które przypominają mi słynne electric jug Tommy’ego Halla. „Turned On” to natomiast klasyczny psych-garage, z fajnymi organami, który warto usłyszeć, żeby przekonać się, jak się gra i produkuje garażowe psych. Wzorzec, jeden z wielu, ale równie ważny, a troszkę zapomniany przez tych, którzy „turned on” nie są. Wokal jest cudownie zrealizowany i przypomina mi, dlaczego psychedelia to dla mnie „prawdziwa” muzyka, podobnie jak folk/country – posłuchajcie sami. Następny utwór to mój ukochany „Psychedelic Moon”, utopiony w fuzzowej gitarze, dzwonkach, timpani, i jakichś rozpsychedelizowanych wibrafonach czy innych dzwoniących cudach. Najtrudniej śpiewa się celowo mijając tonację, więc szacunek dla Pana Evansa. Tak naprawdę, w tych falach dźwięku to może być wszystko: wibrafony, cymbałki, marimby, ksylofony, rozrzucone po studio jak ciało śmiejącego się na końcu producenta – samego Rusty’ego. Utwór wciąga, i to nie w komfortowy świat psychedelicznych jednorożców, więc proszę zachować ostrożność.
Don’t take this album lightly play it when you’re alone in a dark room you may find yourself oozy you may feel as though you’re high you might imagine shadows on the wall
„Shadows on the Wall” to kolejna garażowa ballada, gdzie wokal Rusty’ego Evansa cudnie harmonizuje anonimowa wokalistka. Psychedeliczne cocktail party o 4 nad ranem, a The Deep nie spieszą się na wczorajszą windę, którą właśnie -na 13 piętro – odjechał Roky. Utwór zdaje się trwać dłużej niż 3:14 – i dla mnie spokojnie mógłby być dwa razy dłuższy kończąc się free-jazzowym saxem… Na końcu jest jednak gitara, bardzo południowo brzmiąca i rozpada się w filozoficzny chaos basu. „Crystal Nite” natomiast to echo-blues dla prawdziwych freak-outowców. Chyba słyszę w nim banjo, a reverb w tym akurat przypadku niestety maskuje niepotrzebnie bardzo ładną, popową melodię. Kukułka z zegara budzi nas jednak w samą porę na „Podróż Nr.76”, gdzie sporo reverbu i fuzzu przypomina nam, że to rok 1967… o, przepraszam, 1966 – jak mówiłem, jest to pionierska płyta, zakręca nawet czasoprzestrzeń. „Wake Up and Find Me” jest czymś pomiędzy garażową balladą a garage-folkiem, znów ze zharmonizowanymi męsko-damskimi wokalami i fletem. Niby nie robi nic, ale podobnie jak „When Rain is Black”, maluje czarne płótna w siatkówkowej przestrzeni nocy. „Your Choice to Choose” to kolejny wzorzec psych-garage i najbardziej kojarzący mi się ze wczesnymi Velvetami czy The Godz fragment płyty. Mimo obecności (wedle moich uszu) banjo, bardzo punkowy, „przewidujący” takie szaleństwa jak „Sister Ray”. Finalny “On Off-Off On.” zawsze traktowałem w kategorii żartu, rozweselacza, który miał wynagrodzić nam 20 kilka minut spędzonych w koszmarze sennym, z którego – prawdę powiedziawszy – nie miałem ochoty się wybudzić, ale może dla kogoś będzie to najsmakowitszy kąsek albumu? Polecam tym, którym Doorsi do otwarcia umysłu nie starczyli – obiecuję, że The Deep Wam go rozniosą. Dziś Rusty Evans prowadzi tribute-band dla Johnny’ego Casha nazywający się Ring of Fire i pozdrawia czytelników Psychosondy.

Monday, November 10, 2014

Gandalf

Cały album określają w zasadzie dwa słowa: „psych noir” – słońce przebrane za księżyc.

Można by zarzucić tej płycie Gandalf małą oryginalność. Tylko dwie autorskie kompozycje gitarzysty? Trzy utwory z repertuaru Tima Hardina? Bonner/Gordon x2, jeszcze „Golden Earrings”? Ale każdy, kto chciałby to zrobić, naraża się na śmieszność. Jedyna (do momentu pojawienia się „2” w 2007 roku) płyta amerykańskiego zespołu Gandalf wydana w 1969 roku ma tylko jedną wadę – pojawiła się dwa lata za późno. Bo brzmienie, jakie prezentuje, to charakterystyczna lysergiczna poetyka snu, która pięknie brzmiałaby dwa lata wcześniej i zapewniłaby zespołowi większą popularność, a nam pewnie możliwość obcowania z kolejnymi, może już w większym procencie autorskimi pozycjami – pomarzyć można. Ale to jedyny zarzut, a niepowtarzalna atmosfera tego narkotycznego snu wynagradza nam nawet fakt, że płyta trwa tak krótko i jest jedyną „prawdziwą” pozostałością po tej grupie. Pierwsze, na co zwróciłem uwagę przesłuchując album „Gandalf”, to głos wokalisty, nieco bajkowa barwa i niemal dosłowne utopienie wokalu w pogłosie… Odnosimy wrażenie, że jakiś nakręcany szaman z krainy zabawek wzywa nas w głąb oceanu, aby podziwiać z dna wschodzące słońce, jak u Jimiego. To „Golden Earrings” – prosta piosenka miłosna przekształcona w psychodeliczny song o podróży do wnętrza duszy, z organami, które mi osobiście stawiają przed oczami obraz lat 20-tych, i jakiejś film-noir alejki owianej liquid light show, gdzie „wczorajszy” amant wita się lub żegna ze swoją hollywoodzką cyganką, wręczając parę tytułowych kolczyków. „Hang on to a Dream, baby…” mówi do niej, nieco ospały, w ciężkim nowojorskim korytarzu, do którego udało mu się ją zaciągnąć. Ale ona odchodzi, a jemu pozostaje sen. żegnał się. Robi się naprawdę nostalgicznie i dosłownie płaczliwie, jednak skocznie podany refren pozostawia nadzieję na kolejny dzień, bo przecież it’s „Never too Far”, a miasto pełne jest kłamstw i pięknej sfuzzowanej gitary, tym klasycznym amerykańskim brzmieniem 1967… Nasz amant szuka już sposobu, jak by tu ponownie stracić i odzyskać swoją kochankę. To widocznie ich ulubiona gra. Na tym etapie jesteśmy już beznadziejnie zgubieni w płycie i fabule, nie wiemy, kiedy i czy w ogóle wzejdzie znów słońce, a klawesyn przypomina nam dzieciństwo w pieśni o „Scarlet Ribbons”. Może wybranka naszego amanta właśnie o nim marzy, albo on o jej wstążkach? Kto wie? „You Upset the Grace of Living” to kolejna wycieczka w świat Tima Hardina. Muszę powiedzieć, że unikalne reinterpretacje Gandalfa oddają sprawiedliwość nie tylko tekstowi, ale też pięknie podkreślają harmonie, a pogłos, do którego zdążyliśmy się już przyzwyczaić, jest jednym wielkim marzeniem, snem, którego musimy się uchwycić, jeśli chcemy przetrwać tą podróż. Perełką płyty jest propozycja gitarzysty grupy, Petera Sando, „Can You Travel in the Dark Alone”. Wczesna progresywna psychodelia najwyższych lotów z niesamowitą sekcją instrumentalną, która transportuje nas w ciemność dekadenckich kurtyn, cocktail parties, panienek i ciężkiego dymu. Trzeba posłuchać samemu, pozycja obowiązkowa. „Tiffany Rings” przenosi nas głębiej w znany nam już korytarz nowojorskiej kamienicy, odkrywając sekrety jej mieszkańców, a Gandalf, sądząc z brzmienia, gra na przepastnym korytarzu lub akompaniuje balowi przebierańców w piwnicy. „Me About You” to najdłuższa propozycja na płycie i jednocześnie potężna dawka balladowego klimatu wąskich brukowanych uliczek, smogu, zgaszonego księżyca i nisko wiszących chmur. Nasz amant tańczy z cyganką, a złote kolczyki pobłyskują w psychodelicznym świetle light show. Jak przypływy i odpływy ich uczuć, piosenka częstuje nas falami dźwięku o różnym natężeniu i grze pogłosem, który, odnoszę wrażenie, jest tu szczególnie, ale i na całej płycie (choćby „Golden Earrings”) dodatkowym instrumentem. „I Watch the Moon”, to drugi najmocniejszy punkt albumu, znów kompozycja Petera Sando. Chciałbym usłyszeć więcej jego utworów i być świadkiem rozwoju Gandalfa przez lata 70-te, ale historia zadecydowała inaczej. Kolejne cudowne, wzorcowe fuzzowe solo. „Nature Boy”, którego zawsze słucham jeszcze raz, na koniec, akcentuje ten klimat noir, szczególnie że to kompozycja znana z wykonania Nat King Cole’a, a tu melodia nabiera hipisowskiej barwy – lubię takie kontrasty. Wbrew radosnemu brzmieniu, prostym tekstom i mało „mrocznemu” klimatowi, to nie jest płyta o radości, to płyta dla znudzonych „wczorajszych” amantów, wczepionych w szklankę whisky i papierosa w zapadniętym barze, o bladym różowo-chromowanym świcie. I o ich odchodzących w jazzową poświatę kobietach.

Thursday, October 23, 2014

Space Hymns

Kosmiczne hymny, psychodeliczna przestroga przed upadkiem cywilizacji, a w tle przygrywający zalążek 10CC. To wszystko na debiucie Ramases.

Nie będę dostarczał Wam faktów dotyczących „Space Hymns”, czy enigmatycznego Ramasesa i jego żony Selket, ani też opisywał zawartości muzycznej. Informacje takie mogą zostać z łatwością znalezione w sieci, choćby na fanowskim/oficjalnym wordpressie Ramasesa, a także uzyskane „własnousznie”. Z ciekawostek powiem tyle, że zespół towarzyszący małżeństwu na płycie to embrionalna wersja popularnego 10CC. O „Space Hymns” napisano, jak na jej niszowość, sporo, i w pewnych kręgach uchodzi za pozycję kultową. A że mam tą płytę od lat, postaram się tutaj skupić na przekazie, nawet jeśli podobno nieliczni szukają dziś przekazu w muzyce. Na pewno nie zawiedzie się odbiorca skuszony okładką Rogera Deana i tytułem, bo są to istotnie „kosmiczne hymny” dla „ziemskich ludzi”. Hymny te możemy podzielić na dwie kategorie. Pierwsza to „hymny astralne”. Stawkę otwiera tu „Life Child”, i jest to mocny początek. Słuchając tego po 43 latach od daty wydania, wyglądając przez okno, wypada tylko zapłakać, że możni tego świata nie przykładają wagi do słów artystów. Tekst jest jeszcze bardziej aktualny niż wtedy, może jedynie troszkę naiwny. Ale w naiwności skrywa się piękno, a Ramases śpiewa tutaj przejmującą pieśń – przestrogę o upadku cywilizacji, spowiadając się z grzechów ludzkości tytułowemu „dziecku życia”. Kolejną pieśnią jest „Hello Mister”, opowieść o przybyciu, narodzinach „dziecka życia” na Ziemi, i kosmiczne powitanie z ludzkością, psychedeliczne, ale podane tak, że można to swojemu dziecku puszczać bez obaw. Arcydziełem strony A natomiast jest „Quasar One” (wcześniej wydany na singlu jako „Crazy One”, z innym tekstem i w innej aranżacji), prawdziwy plemienno-kosmiczny hymn do tytułowego Kwazara-Kobiety z niesamowitą linią basu i nawiedzonym intonowaniem. Gdyby ta płyta składała się wyłącznie z „Kwazara” w wersji 40-minutowej, też bym ją uwielbiał. Ostatnim „hymnem astralnym” jest jeden z moich faworytów strony B, „Earth People”, choć to troszkę też pieśń o międzygwiezdnej samotności i problemach z komunikacją na linii przybysz-”ziemscy ludzie”, po powrocie z pustyń Zeus i obserwacji narodzin planety. Bo i „cóż im mogę powiedzieć” po takich przygodach? Druga kategoria to „hymny tradycyjne”, z których dwa są wyraźnie dedykowane Jezusowi, z tym, że raczej w ujęciu New Age – i tak, mamy „And the Whole World” i „Jesus Come Back”. „And the Whole World” poprzez odniesienia do kultury pre-kolumbijskiej w tekście, i uproszczone metafory, przywołuje uduchowiony obraz Ameryki Południowej sprzed konkwisty, albo i po niej – jako wizja odbudowy wiary, która tak naprawdę nigdy się nie zatraciła, a jedynie połączyła z narzuconymi przez białego człowieka nowymi wierzeniami. „Jesus Come Back” jest wyjątkowo optymistyczne: „no tears for the future” śpiewa Ramases, czekając na powrót „dziecka życia”. Nie ma to nic wspólnego z tak zwanymi „Jesus freaks” z tamtych lat, jest to po prostu piękna uduchowiona piosenka o nadziei, tutaj rozumianej jako upragniony powrót jednej z bardziej popularnych (obok Lennona) postaci w historii ludzkości. Trzecim takim hymnem jest „Molecular Delusion”: „I am a voice crying in the wilderness” intonuje Ramases w tej pięknej podlanej sitarem, transowej, hinduskiej pieśni o ułudzie, Maya. Jeśli naprawdę odnajdziemy się w tej melodii, Ramases zafunduje nam podróż do centrum naszej duszy szybciej niż jakakolwiek używka. „Molecular Delusion” to najprawdziwsza raga białego człowieka, stąd mimo kosmicznego nastroju podporządkowałem ją „hymnom tradycyjnym”. Gdzieś pomiędzy tym wszystkim jest nieco floydowskie „Balloon”, które powinno być hitem, z tą charakterystyczną melodią i bassem. Jest też miniaturka a’capella „Dying Swan Year 2000”, o śmierci „czegoś pięknego”, może ludzkości? Stawkę mojej opowieści zamyka mantra „You’re the Only One Joe”, nawiązująca do „Nocnego Kowboja” Jamesa Leo Herlihy’ego i bardzo odjechane „Journey to the Inside”, z powtarzanym obsesyjnie „what are you going to do with me?”. Odpowiedź na to pytanie brzmi „posłucham jeszcze raz”. Zapraszam do świata Ramasesa i Selket!

Thursday, October 9, 2014

Gash

Zaglądamy do świata krautrockowych dźwięków. Do lektury zapraszamy miłośników Cockera, psychodelicznych The Moody Blues i oczywiście całego korowodu awangardowych wymiataczy.

Płyta Gash, „A Young Man’s Gash”, wydana w 1972 roku nakładem legendarnej dziś wytwórni Brain, zaczyna się niczym płyta Jane. Ale w moich uszach „Angel and Mother” zawsze brzmiało jak undergroundowy pastoralny Joe Cocker, co zresztą, zabawne, charakteryzuje też brzmienie Jane z Charly’m Maucherem w roli wokalisty. Słyszałem opinie, że „A Young Man’s Gash” genialną płytą nie jest, więc z przekory, jako fan Jane, zabrałem się pewnego lata za jej słuchanie – w ten sposób często odkrywam nowe dźwięki. „Angel and Mother” zostawia po sobie bardzo dobre wrażenie, partia bassu płynie sobie swobodnie, jednym z tych brzmień, jakie lubię. Pianino z gitarą akustyczną przyjemnie hipisują, a stylowa solówka gitary dopełnia smaku. Takie Moody Blues na kwasie. To idealny utwór na letnią plażę, w jakiejś psychedelicznej wiosce rybackiej, ewentualnie jakiś parkowy festiwal w maszynie czasu wielkości Bremy, rodzinnego miasta muzyków. „Twenty One Days” jest już zdecydowanie mocniejsze, choć to wciąż muzyka przepływających nad głową chmur i dwudziestu jeden dni pod gołym niebem, w drodze, z rozpuszczonymi włosami i w sandałach. Hammondy i bass są znów charakterystycznie Jane’owskie, choć tu do głowy przychodzi mi też wczesne Grand Funk Railroad, może to ta „country road” z tekstu, może riff, może ogólny „pozamiejski” nastrój, jaki Gash tutaj kreuje. Taka utopia i ucieczka w germańskie „zabriskie point”. Strona A albumu rozkręca się stopniowo, i najmocniejsze „In the Sea” to już charakterystyczny dla tamtych lat podlany Hammondami hard rock, który mi instrumentalnie kojarzy się z Frumpy, a zanim ostatecznie utonie w falach uraczy nas też smakowitymi partiami gitary. Bardzo ładna kulminacja. Strona B to już tytułowa suita, „A Young Man’s Gash”. W niej do „Cockera”, elementów hard rocka i muzyki popularnej tamtej epoki, dodano najprawdziwszej psychedelii, nie tylko w warstwie kompozytorskiej, ale i brzmieniowej. Szaleństwo klawiszowe sięga tutaj apogeum, produkcja zdaje się lepsza, panowie raczą nas orkiestracją, a na uwagę zasługuje też brzmiący jak połączenie Petera Panka z Helmuthem Draht perkusista. Część II suity wywołuje skojarzenia z bardziej znanymi, „różowymi” kolegami z UK (medytacyjne hammondy, bicie serca, modulowany głos „one day you wake up in the morning… you look into your mirror… and you see your face there… have you ever seen this face before there? look at your eyes… your eyes are dead”). Część III suity kojarzy mi się, oprócz wokalu, bezapelacyjnie z Eloy z okresu „Inside”, z bluesową harmonijką ustną i najlepszym chyba solem gitary na płycie na deser, choć w części tej każdy instrument „gada” na równych prawach. Obrazu płyty uzupełniają klawesyn, slide guitar i konga. Sam zespół może kojarzyć się też z Lucifer’s Friend, czy Nektar, to ostatnie porównanie pada zresztą w „The Crack in the Cosmic Egg”. A suitę Gash stawiam na równi z utworami „Banished Bridge” Novalis, czy „Fire, Water, Earth & Air” Jane, które za genialne uważam, więc do wysłuchania jej, a także całego, dość zapomnianego albumu Gash zachęcam.

Monday, August 25, 2014

Stoned Gypsy Wanderer

Saturday, August 23, 2014

Rough Melodies for Lady Neverwere

Tuesday, June 24, 2014

Poznan Delta